01.08.2023, 02:06 ✶
Patrick posłał łagodne spojrzenie w stronę stojącej w pierwszym rzędzie Mavelle. Może nawet wyciągnąłby w jej stronę rękę i zacisnąłby lekko palce na jej ramieniu – w geście na pewno nie erotycznym, ale mocno okazującym wsparcie, ale jakoś nie miał pewności czy to było rzeczywiście potrzebne. Mieszkała z Derwinem, chyba wszyscy przebywający w kaplicy Longbottomowie mieszkali razem z nim i wspólnie nosili teraz ciężar straty. Oczywiście, Danielle i Lucy największy, ale i dla reszty śmierć mężczyzny musiała być trudna.
Steward nie próbował sobie wyobrazić nawet jak bardzo. Skupił spojrzenie ciemnych, poważnych oczu na Eriku.
- Był też moją rodziną – przypomniał cicho, ale jedynym zadaniem tego zdania było to by dobrze wytłumaczyć, dlaczego w ogóle się tutaj pojawił. Co prawda, łączyło ich pokrewieństwo tylko przez małżeństwo z siostrą matki Patricka, ale zawsze. To Derwin przyprowadzał Lucy i Danielle do dziadków. A gdy wszystkie dzieci dorosły, Steward pracował z Derwinem i Lucy w biurze aurorów. Teraz, z tego Longbottomowego tandemu zostanie tam tylko Lucy.
Gdyby nie dość bliskie pokrewieństwo rodzinne, Patrick tylko wysłałby im wszystkim po wiadomości, ale nie pojawiłby się dzisiaj w tym miejscu. Każdemu jednakowo podobną w okazaniu wsparcia i zupełnie różną w jego formie. Erikowi zaproponowałby wspólny wypad na piwo, Brennie wcisnąłby nową sprawę, Mavelle podrzuciłby zestaw ołówków, Danielle przyprowadziłby małego pacjenta a z Lucy poszedłby na spacer.
- Jak to się skończy, wszyscy będziecie mieć czas na żałobę - dodał jeszcze, znowu cicho. – Trzymaj się, potem jeszcze pewnie do was podejdę – rzucił.
Następnie, korzystając z chwili, w której msza się jeszcze nie zaczęła, podszedł do Lucy i Danielle. Obydwu przypomniał cicho, że ich ojciec był wspaniałym człowiekiem, obie przytulił (o ile się nie wzbraniały). Zabrakło mu już odwagi by podobny gest wykonać w stronę Godryka i jego żony, ograniczył się więc tylko do złożenia im najszczerszych kondolencji, a potem wycofał się do ławki, którą zajęli jego dziadkowie.
Nawet gdyby nie było ich tego dnia w kaplicy, Steward nie próbowałby się pchać ku pierwszym rzędom. Wiedział, że była cała masa ludzi, którzy powinni bardziej od niego w nich zasiąść. Stojąc w ławce, wsłuchiwał się w słowa padające z ambony.
Były… były takie jak powinny być podobne przemówienia: podkreślały to co było dobre w zmarłym i jak wielką wyrwę pozostawił za sobą w sercach najbliższych. Derwin był dobrym aurorem i dobrym człowiekiem. Mimo śmierci żony, wychował dwie córki w domu pełnym miłości i wsparcia. Wszyscy Longbottomowie byli wychowani w takim domu i byli przez to bardzo do siebie podobni: wspierali się, kochali i ochraniali wzajemnie. Widać to było nawet teraz, gdy zajęli pierwsze rzędy jak jakaś mała armia dobrych ludzi, mimo straty jednego ze swoich, gotowych walczyć z Voldemortem i rozsiewanym przez niego zniszczeniem.