01.08.2023, 02:51 ✶
Ulysses zmarszczył brwi. Gest ten, choć nieznaczny, mocno zmienił wyraz jego twarzy. Przestał wyglądać na uprzejmie obojętnego na wszystko, co działo się dookoła a stał się zamyślony i wyraźnie zaniepokojony.
Wiedział, że nigdy nie będzie lojalny wobec Lorda Voldemorta. Tak, będzie wykonywał jego rozkazy i będzie starał się wykonać je najlepiej jak tylko będzie umiał, ale jego działaniem będzie powodowała jedynie chęć sprawienia ojcu przyjemności, nie wiara w czarodzieja, którego ani nie znał, ani z którego postulatami specjalnie się nie zgadzał. Tylko obecność Chestera Rookwooda między Ulyssesem a Lordem Voldemortem sprawiała, że w ogóle stał tu gdzie w tej chwili stał. Ani trochę nie udzielała mu się chęć oddania się na służbę czarnoksiężnikowi, który może ich wynagrodzi, ale może wcale tego nie zrobi.
Nie podobała mu się również myśl, by którekolwiek z nich miało być rozliczane za błędy innych. A ojciec… a ojciec jakby brał to pod uwagę? Po cóż inaczej w ten konkretny sposób przekręciłby jego słowa? Oni też się mieli bać gniewu Czarnego Pana? Czym sobie zasłużyli na podobny nietakt? Czyż jego ojciec nie poświęcił własnego życia i nie zaoferował życia trójki swoich dzieci Lordowi Voldemortowi? Jeśli zostaną zdemaskowani, zgniją w Azkabanie. Jaka mogła być jeszcze większa ofiara?
Odwrócił głowę w stronę drzwi, gdy usłyszał pukanie. Patrzył na wchodzącego do biura brata. Nie odzywał się ani w momencie, w którym mówił ojciec, ani gdy Vespera spełniała jego polecenie. Tak właściwie to nie bardzo wiedział, w jaki sposób miałby streścić własne zdanie. Było raczej pełne pytań, nie głośnego popierania i rad, jak powinien postępować Lord Voldemort.
- Ja… ja zgadzam się z Vesperą – powiedział wreszcie. – Uważam również, że powinniśmy być ostrożni. Wszyscy. Im więcej czystokrwistych rodzin uda się przekonać do idei ogłoszonych w manifeście, tym większy i trwalszy będzie można osiągnąć sukces – zakończył.
Jego twarz na powrót przybrała jednakowo obojętny na wszystko wyraz twarzy. Tylko oczy pozostały czujne i niespokojne.
Wiedział, że nigdy nie będzie lojalny wobec Lorda Voldemorta. Tak, będzie wykonywał jego rozkazy i będzie starał się wykonać je najlepiej jak tylko będzie umiał, ale jego działaniem będzie powodowała jedynie chęć sprawienia ojcu przyjemności, nie wiara w czarodzieja, którego ani nie znał, ani z którego postulatami specjalnie się nie zgadzał. Tylko obecność Chestera Rookwooda między Ulyssesem a Lordem Voldemortem sprawiała, że w ogóle stał tu gdzie w tej chwili stał. Ani trochę nie udzielała mu się chęć oddania się na służbę czarnoksiężnikowi, który może ich wynagrodzi, ale może wcale tego nie zrobi.
Nie podobała mu się również myśl, by którekolwiek z nich miało być rozliczane za błędy innych. A ojciec… a ojciec jakby brał to pod uwagę? Po cóż inaczej w ten konkretny sposób przekręciłby jego słowa? Oni też się mieli bać gniewu Czarnego Pana? Czym sobie zasłużyli na podobny nietakt? Czyż jego ojciec nie poświęcił własnego życia i nie zaoferował życia trójki swoich dzieci Lordowi Voldemortowi? Jeśli zostaną zdemaskowani, zgniją w Azkabanie. Jaka mogła być jeszcze większa ofiara?
Odwrócił głowę w stronę drzwi, gdy usłyszał pukanie. Patrzył na wchodzącego do biura brata. Nie odzywał się ani w momencie, w którym mówił ojciec, ani gdy Vespera spełniała jego polecenie. Tak właściwie to nie bardzo wiedział, w jaki sposób miałby streścić własne zdanie. Było raczej pełne pytań, nie głośnego popierania i rad, jak powinien postępować Lord Voldemort.
- Ja… ja zgadzam się z Vesperą – powiedział wreszcie. – Uważam również, że powinniśmy być ostrożni. Wszyscy. Im więcej czystokrwistych rodzin uda się przekonać do idei ogłoszonych w manifeście, tym większy i trwalszy będzie można osiągnąć sukces – zakończył.
Jego twarz na powrót przybrała jednakowo obojętny na wszystko wyraz twarzy. Tylko oczy pozostały czujne i niespokojne.