Laurent nie zliczyłby na palcach wszystkich definicji wolności, jakie usłyszał, jakie przeczytał i jakie przesunęły się po jego głowie. I nigdy się na tej wolności nie skupiał. Nie tak, jak skupiali się co poniektórzy. Dobrowolnie brnął dalej i głębiej w ten fałszywy świat. Nigdy nie uważał, żeby to jego zadaniem było walczenie z nim. Żeby w ogóle jego zadaniem było walczenie z... czymkolwiek i kimkolwiek. Niech walczą ci, którzy walczyć potrafili. On mógł przyłożyć chłodną dłoń do obolałej rany, żeby przynieść chwilę ulgi. Cieszył się wręcz, że wyszedł do tego zakłamanego wszechświata, opuszczając to więzienie, które było nie do wytrzymania. Hogwart. Osiągnął to, co chciał. Miał tą swoją pasję, którą Kayden podziwiał, bo ludzie wtedy stawali się tacy... jaśni, kiedy o tym mówili. Miał rację - Laurent też miał słabość do pasji. Sam mówił, że to, co robił, to jego pasja, ale miał wątpliwość. Czy on w ogóle to czuł..? Czy czuł to naprawdę, czy to było dokładnie to - wyszedł naprzeciwko oczekiwaniom i przyjął cudze na swoje? Nie wiedział. I czasami ta niewiedza sprawiała mu więcej bólu, niż powinna. Po nieprzyjemnej nocy przychodził jednak poranek, widział mądre oczy tych stworzeń, które go otaczały i znów czuł spokój. Myślał, że wszystko się ułoży, nie ma potrzeby się przejmować. Wszystko nadal może być dobrze - i bez znaczenia, czy twoje czy cudze.
- Muszę upomnieć siostrę, by więcej się w takim razie udzielała. - Nie, nie, żartował. Wiedział, że jego siostra latała z jednego kąta w drugi. W przeciwieństwie do Kaydena, który statycznie wolał przesiadywać w biurze i wsadzać nochala między księgi. O czym nie wiedział. Jego wyobrażenie o pracy archeologa było tak szerokie jak i nijakie. Bo widział siostrę w pracy, widział inne osoby, które gdzieś się zakręciły koło niej, ale sam nigdy nie zagłębiał się w temat i nie próbował weń angażować. Miał swoją pracę, która była zresztą całkowicie czasochłonna. Czasem aż za bardzo, szczególnie latem i wiosną. Za często sam też dokładał sobie roboty, żeby pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Nuda, o której wspomnieli między sobą? Nie. Na nią naprawdę nie było czasu. Co najwyżej zimą... ale spokój zimy był tak kojący, że Laurent się w niej absolutnie zatapiał. Jakby sam mógł zapaść w sen zimowy wraz z niektórymi stworzeniami. Ach, jakoś zakuło go to wspomnienie o tej pasji w tym momencie. Sam nie wiedział, czemu. Przecież nie było na to racjonalnego wytłumaczenia...
- Och? - Dobrze, kiedy Kayden tak to ujął to zabrzmiało bardzo interesująco! - Zawsze sądziłem, że istnienie wyjątków jest absurdalne, bo reguła wtedy przestaje działać i samo jej istnienie jest podważone. - Kayden brzmiał, jakby wiedział, o czym mówi. Laurent natomiast podzielił się swoimi przemyśleniami. A może to też były tylko jakieś wnioski bruneta? I wcale nie było to jakieś twierdzenie sławnego badacza, który zapisał to w jeszcze mądrzejszej książce? Brzmiało to bardzo sensownie. Bez znaczenia, która z tych opcji była prawdziwa, a może istniała jeszcze jakaś trzecia. Zresztą - stąd też było jego nieco przeinaczone powiedzonko o tym wyjątku i regule. Gotów był zmienić swój pogląd na temat przez pryzmat tego, co Kayden powiedział. Więc tak, Laurent nie tylko zrozumiał, ale wręcz był zaintrygowany i poruszyło to jego umysł. Tylko że zamiast w pełni zająć się tematem, to dostał taki pokaz emocji, że zamiast na wyjątkach, regułach i na tym, jak one, do cholery, działały, zastanowił się... o co w ogóle chodzi i skąd to nagłe... zawstydzenie? Nie rozumiem. Sam przed sobą rozbrajająco przyznał, że kompletnie nie rozumiał człowieka, który leciał obok niego. Zawstydzone bożyszcze nastolatek, ach... Tylko czego on się wstydził? Tego, że miał taką teorię? Że... nie wiem, może twoje nastawienie go speszyło? Albo to była jakaś wypadkowa tego dyskomfortu latania? Było to na tyle niespodziewane i tak - UROCZE - że Laurent nawet nie zebrał się na jakieś podśmiechujki czy złośliwości, wytrącony z równowagi.
Zniżali lot i Londyn był w trakcie ich pogawędki widoczny jak na dłoni, a wraz z nim - ulica Pokątna. Wóz zniżył lot i w końcu abraksany wylądowały - bardzo gładko, bo i Laurent poświęcił swoje pełne skupienie, kiedy już zanurzali się między budynki, żeby odpowiednio poprowadzić konie i już oszczędzić mężczyźnie dodatkowych atrakcji. Pojawienie się wozu sprawiło trochę zamieszania na ulicy, przegoniło nieco ludzi i zachwyciło dzieciaki, które podziwiały białe konie i zaraz chciały je pogłaskać. Ale matki trzymały je z daleka. I miały szczęście, bo abraksany to nie były kucyki do pogłaskania. Nie od razu Laurent się odezwał. Patrzył na Kaydena i oceniał, czy on jeszcze w ogóle żyje. A jeśli żyje - to do jakiego stopnia. Gotów był mu nawet rękę podać, gdyby ten chciał zachować dumę podczas wysiadania... a nie trząść się jak osika na miękkich nogach.
- Czy w czymś panu pomóc czy poczekać przy wozie? - To jest - ten wóz pilnował się sam. Ciekawski Jurczak wystawił łeb na ulicę i wyglądał na w pełni skupionego, a Michael, dumnie wyprostowany, błyskał ostrzegwczo oczami na prawo i lewo, żeby każdy zachował sensowną odległość od niego, jego towarzyszy i jego dwunogiego przyjaciela. - Mogę udac się po drugą część niezbędnych zakupów. Michael popilnuje wozu. - Zapewnił Delacoura, gdyby ten wątpił i zastanawiał się, czy to bezpieczne zostawiać te konie same i uśmiechnął się do niego zachęcająco.