Gdy Ulysses odwrócił się od stawu, Vespera nadal się patrzyła na ciało, które pochłaniała woda. Nie był już mężem – był ciałem, draniem, kupą mięcha. Chciała tak go zapamiętać, jak nic nie znaczący robak w brnięciu do jej niezależności? Było warto? Jej dłoń odszukała dłoń brata i zacisnęła się na niej mocno. Zrobiła to mechanicznie, jakby chciała upewnić się, że ten nadal tu był. W końcu też odwróciła się od stawu, bo było jej zbyt ciężko, aby klasyfikować się jeszcze jako morderczyni, a Ulysses ją przytulił. Przełknęła w końcu gulę i westchnęła ciężko odwzajemniając uścisk. Nie sądziła, że to będzie tak ciężkie. Zamknęła oczy zaciskając się mocno. Chciałaby być znowu tym dzieckiem, które dokuczało jemu i Augustusowi, chciała znowu zdzierać kolana i dostawać burę od matki, że nie powinna tak robić, że powinna być grzeczna. Chciała być grzecznym dzieckiem, chciała nie myśleć o tym, że życie pakuje ją w sytuacje, w których staje się coraz bardziej spaczona. Najbardziej przerażało ją to uczucie, że zaczynała to lubić. Władza nad życiem, nad losem. Nie chciała już tracić władzy nad losem, nie chciała pozwolić ojcu wpakować ją w kolejne aranżowane małżeństwo nawet jeśli oznaczałoby to kłótnie z nim.
– Tak zrobię – szepnęła. – Postaram się nie pakować się w to bagno ponownie – złożyła mu obietnicę i miała zamiar tej obietnicy dotrzymać. Swojego brata kochała nad życie, ale nie potrafiła mu wyznać, że boi się kochać innych mężczyzn. Boi się, że nie potrafi tego robić, że nie potrafi na nich patrzeć przez pryzmat tej dziwnej, niezrozumiałej miłości. Nie chciała go puszczać, było jej dobrze, gdy ją przytulał, nie musiała wtedy myśleć o tym, że mają trupa w stawie, trupa, który był zbyt blisko ich domu. – Trzeba… trzeba z nim coś zrobić? – zapytała niepewnie w końcu się od niego odsuwając, ale była mu wdzięczna, że to on z nią tu był.