Giovanni z uwagą słuchał każdej przemowy. Czuł ogarniający go zewsząd ból. Starał się patrzeć tylko na przemawiającego, ale co jakiś czas jego spojrzenie wędrowało na pojedyncze osoby wstrząśnięte szlochem lub ocierające łzy. Jego matka przyłożyła chusteczkę do oczu już po pierwszych słowach Godryka. Dobrze wiedział, o czym wtedy myślała. Przecież Giovanni również tego dnia był w dolinie. Przecież ona też mogła stać w miejscu Godryka i mówić o swoim synu. Giovanni aż poczuł ukłucie winy. Derwin Longbottom poświęcił życie ratując ludzi na Beltane. A co zrobił on? Ledwo przetransportował ciężko ranną kobietę do szpitala. Nawet, gdyby go tam nie było, ktoś inny by to uczynił. Może powinien był dotrzeć do miejsca akcji? Pomóc brygadzistom? Może udałoby mu się osłonić Derwina własną piersią? Sam nie osierociłby nikogo, a jego rodzice mają jeszcze inne dzieci. I Danielle wraz z Lucy nie straciłyby drugiego rodzica...
Otarł koniuszkiem dłoni wzbierające łzy i skupił się na Eryku. Pokiwał głową na jego słowa. Derwin był złotym człowiekiem. Był bohaterem nie tylko w pracy, ale też w życiu codziennym.
Prawdziwie bolesną przemową była ta zaprezentowana przez Lucy. Biedna Lucy. Giovanniemu serce pękało na ten widok. Bidne siostry zostały teraz same. Cóż, z całą resztą rodziny Longbottomów, ale więzi z rodzicem nic nie zastąpi. Tak bardzo chciał im w jakiś sposób pomóc. Ale nie było niczego takiego, co mógłby tu uczynić. Jego obsesja pomagania torturowała go straszliwie w tej beznadziejnej sytuacji.