Wszystko to wydawało się tak do bólu słodkie i romantyczne, że jeszcze kilka lat temu Deborah okrutnie wyśmiałaby każdego, kto przewidziałby jej przyszłość w takich właśnie barwach. Zdawało się jej, że nic nie jest w stanie skruszyć tego chłodu, którym się otaczała, że nikt nigdy nie wprawi jej serca w szybszy rytm. Ale pojawił się Elijah Burke, prawdopodobnie jedyna osoba w dziejach ludzkości, która była zdolna namówić Królową Lodu na zmianę swojego rodowego nazwiska.
Mimo wszystko Deborah wcale nie była marzycielką. Zdawała sobie sprawę, że wciąż są młodzi. Że burzliwy romans bardzo szybko, wręcz gwałtownie przeszedł w małżeństwo, a następnie w macierzyństwo — to drugie wbrew jej woli — i ich dwójka jeszcze nie zdążyła się wypalić emocjonalnie, rutyna nie zmieniła się jeszcze w nudę. Ostatecznie, te kilka cudownych lat wciąż było krótkim okresem znajomości i Deborah wiedziała, że w końcu nadejdzie ta nieunikniona szarość, że obojętność wypali w nich wszelkie porywy romantyzmu i namiętności, aż w końcu zaczną sypiać w osobnych pokojach. W osobnych łóżkach. Może z innymi ludźmi.
Ale jeszcze nie teraz.
Bo teraz mąż całował ją po szyi i mruczał wprost do ucha. Lekko odchyliła głowę w tył tak, żeby wyeksponować szyję i dać mężczyźnie jasny sygnał, na co teraz ma ochotę. Jego słowa, które oczywiście były wręcz boleśnie prawdziwe, ukazywały jeszcze jedną cechę Elijaha: to, jak dobrze znał swoją żonę.
— Taak… Pewnie tak.
Oczywiście, że nie wyjechałaby bez uprzedzenia, w życiu nie porzuciłaby swoich spraw ani obowiązków, ryzykując w ten sposób degradację dla chwilowej, niewiele znaczącej przyjemności, jaką były wakacje.
— Uporządkuję? W Ministerstwie? — parsknęła śmiechem w odpowiedzi na jego słowa, stojąc tak bez ruchu, z przymkniętymi powiekami i lekko odchyloną w tył głową. — Oszalałeś chyba, nie będziemy przecież czekać z wakacjami do emerytury — uzupełniła po chwili, jasno dając mu do zrozumienia, że spraw w Ministerstwie Magii nie da się tak po prostu uporządkować, po czym wreszcie się wyprostowała.
Wzięła od niego drugiego drinka odruchowo, nie zastanawiając się za wiele po co jej go podaje. Elijah natomiast podniósł ją tak, jakby nic nie ważyła. Posłała mu w odpowiedzi roziskrzone spojrzenie. Spojrzenie, w którym czaiło się coś niebezpiecznego. A następnie niby przypadkiem przechyliła szklankę trzymaną w dłoni tak, że część płynu chlapnęła na koszulę Elijaha. Kiedy wreszcie poczuła stabilny grunt pod stopami, odpowiedziała pospiesznie na czuły pocałunek, po czym odsunęła się nieznacznie.
— Zdecydowanie poproszę deser — odpowiedziała, niespiesznie cedząc słowo po słowie przeciągając tę chwilę w nieskończoność. — Dziwne, że przed chwilą kazałam jebać tort, bo nagle nabrałam na niego okropną chęć. — Po tych słowach oczekiwanie miało dobiec końca, ustąpić miejsca działaniu. Deborah odstawiła szklanki gdzieś na bok, pospiesznie i niedbale, żeby mieć wolne ręce i wreszcie móc jednym nieco zbyt agresywnym szarpnięciem rozpiąć koszulę męża. Zdarła mu ją z ramion bezpardonowo, zdecydowanie niedelikatnie. Przez kilka sekund głodny wzrok kobiety biegał po jego torsie — zapewne Elijah był już przyzwyczajony do takiego zachowania z jej strony — żeby po chwili pochyliła się do przodu. Językiem przeciągnęła po jego skórze, od mostka aż do obojczyka, wspinając się przy tym na palce. Na podniebieniu rozlał się jej pikantny smak wylanej wcześniej przypadkiem whisky zmieszany z gorzkim smakiem perfum mężczyzny.
Kiedy się odsunęła, jej oczy błyszczały w półmroku.
Jeszcze chwilę wcześniej koszmarnie zmęczona całym tym długim dniem, teraz Deborah czuła jak adrenalina przyspiesza jej tętno i jak natychmiast wracają jej siły.
She was fragile like a bomb.