01.08.2023, 21:09 ✶
Ulysses rzadko robił pierwsze dobre wrażenie. Wyprostowany, ze spiętą linią ramion, częściej przypominał obrażoną na patrzącego statuę niż żywego czarodzieja. Nawet teraz, choć w rzeczywistości tylko obserwował pracę Lety, wyglądał przy tym tak, jakby ją oceniał i czekał na jakieś jej potknięcie. A przecież wcale nie czekał, myślał o zagadce numerologicznej i o tym, czy dobrze ją rozwiązał.
To było jednak trochę co innego, usiąść nocą w pokoju i po prostu bawić się liczbami. Tamtym posiedzeniom brakowało presji. Mógł sprawdzać połączenia, traktować je jak wielką, nierozwiązaną jeszcze zagadkę, zrównywać sumy z opisem gwieździstych konstelacji a czasem, po prostu liczyć. Miał czas i żadnego obserwatora poza tym, który patrzył na niego z lustra. Teraz było inaczej. Natura obdarzyła Ulyssesa fenomenalną wprost pamięcią, ale jednocześnie sprawiała, że męczył się w towarzystwie innych ludzi. Byli jak tornado przesiąkające do jego uporządkowanego świata. Nikt nie lubił, gdy kataklizm przetaczał się przez jego własne podwórko.
Pojawienie się Ulyssesa Rookwooda na wykopaliskach było w jego przypadku gigantycznym wyjściem poza swoją bezpieczną strefę. Stał w grupie mało znanych mu ludzi, w zupełnie nowym miejscu, w innym kraju, bez swojego zwykłego garnituru i wypastowanych butów. Ba, na ich oczach miał jeszcze prawidłowo rozwiązać zagadkę numerologiczną. Z nerwów miał wrażenie, że po jego ciele błąkały się tysiące malutkich mrówek. W takim momencie trudno było wyglądać sympatycznie.
Ale jednocześnie, paradoksalnie, pojawienie się tym razem na wykopaliskach, było w przypadku Ulyssesa czymś dużo prostszym niż pozostanie w Wielkiej Brytanii. Tak, jak Macmillan właśnie tutaj zaczął wreszcie odpoczywać.
- O ile dobrze rozumiem, muszę być ostatni. Chyba, że rzeczywiście planujemy efektownie zakończyć wykopaliska jeszcze przed ich rozpoczęciem – odpowiedział Cathalowi. W ustach kogokolwiek innego te słowa wybrzmiałyby jak żart lub ostrzeżenie, ale nie wtedy, gdy wymawiał je młody Rookwood. On po prostu konstatował fakty.
Klątwa. Pieczęć. Runy. Numerologia. Najpierw zabezpieczenia, a potem zabawa z liczbami. Tak na wszelki wypadek, gdyby się jednak pomylił, gdyby wczoraj nie obejrzał klapy zbyt dobrze, gdyby okazało się, że jakimś cudem wreszcie czegoś nie zapamiętał.
To było jednak trochę co innego, usiąść nocą w pokoju i po prostu bawić się liczbami. Tamtym posiedzeniom brakowało presji. Mógł sprawdzać połączenia, traktować je jak wielką, nierozwiązaną jeszcze zagadkę, zrównywać sumy z opisem gwieździstych konstelacji a czasem, po prostu liczyć. Miał czas i żadnego obserwatora poza tym, który patrzył na niego z lustra. Teraz było inaczej. Natura obdarzyła Ulyssesa fenomenalną wprost pamięcią, ale jednocześnie sprawiała, że męczył się w towarzystwie innych ludzi. Byli jak tornado przesiąkające do jego uporządkowanego świata. Nikt nie lubił, gdy kataklizm przetaczał się przez jego własne podwórko.
Pojawienie się Ulyssesa Rookwooda na wykopaliskach było w jego przypadku gigantycznym wyjściem poza swoją bezpieczną strefę. Stał w grupie mało znanych mu ludzi, w zupełnie nowym miejscu, w innym kraju, bez swojego zwykłego garnituru i wypastowanych butów. Ba, na ich oczach miał jeszcze prawidłowo rozwiązać zagadkę numerologiczną. Z nerwów miał wrażenie, że po jego ciele błąkały się tysiące malutkich mrówek. W takim momencie trudno było wyglądać sympatycznie.
Ale jednocześnie, paradoksalnie, pojawienie się tym razem na wykopaliskach, było w przypadku Ulyssesa czymś dużo prostszym niż pozostanie w Wielkiej Brytanii. Tak, jak Macmillan właśnie tutaj zaczął wreszcie odpoczywać.
- O ile dobrze rozumiem, muszę być ostatni. Chyba, że rzeczywiście planujemy efektownie zakończyć wykopaliska jeszcze przed ich rozpoczęciem – odpowiedział Cathalowi. W ustach kogokolwiek innego te słowa wybrzmiałyby jak żart lub ostrzeżenie, ale nie wtedy, gdy wymawiał je młody Rookwood. On po prostu konstatował fakty.
Klątwa. Pieczęć. Runy. Numerologia. Najpierw zabezpieczenia, a potem zabawa z liczbami. Tak na wszelki wypadek, gdyby się jednak pomylił, gdyby wczoraj nie obejrzał klapy zbyt dobrze, gdyby okazało się, że jakimś cudem wreszcie czegoś nie zapamiętał.