01.08.2023, 22:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2023, 23:06 przez Mavelle Bones.)
Te drobne gesty, niemalże nieistotne detale – istniały jednak i dawały ostatecznie znać, że coś było nie tak. Nie drążyła jednak sprawy, wychodząc z założenia, że jeśli Patrick chciałby podzielić się z nią własnymi myślami, to zapewne by tak zrobił. Zresztą, sama też nie mówiła mu wszystkiego, prawda?
Choć zapewne i tak niewiele by to zmieniło, gdyby otworzyła się szerzej. Gdyby przyznała, kim dokładnie była ta osoba, że w ten sposób dowiedziała się, iż Derwina już nie ma między nimi – och, na Matkę, nawet teraz trudno było to przyjąć do wiadomości! Nawet teraz, kiedy już nie miała jedynie własnych (i innych) domysłów, podpartych wspomnieniami, które przecież uznawała początkowo za jakieś złudzenia. Albo raczej: chciała uznawać.
Bo w tym wszystkim najzwyczajniej w świecie kryła się prawda, której przyjęcie do wiadomości było bardzo, bardzo trudne.
- Brat Szeptuchy? – zdziwiła się nieco, po czym zmarszczyła brwi. Przepowiednia… przepowiednia. Te słowa nie były dla niej, nie zapisała ich zatem w pamięci, nawet nie była pewna, czy tak naprawdę je słyszała. Chyba nie? Ale kojarzyła, że Steward o tym wspominał - Mówisz o tej przepowiedni z Ostary? – spytała w końcu, po chwili milczenia. Wróżby, psia ich mać, jak nie Szeptucha, to chędożony Dolohov, który zdawał się tak naprawdę odstawić jakiś spektakl, żeby móc tłumaczyć, iż słowa, jakie skierował pod adresem jej i Erika, nie były w istocie żadną groźbą. Bo niestety, ale Mavelle nieszczególnie lubowała się w sztuce dywinacji a to, co wtedy tam usłyszała? Naprawę zahaczało o groźby. Szczegół, że faktycznie dach zerwało.
Przynajmniej nie rzygała do miski.
Do samej Szeptuchy zresztą też podchodziła podejrzliwie; gdyby nie wspomnienie o niej, to zapewne już całkiem pozbyłaby się z pamięci tej krótkiej chwili z Beltane. Jak to szło? Dzikość? Silniejsza, niż myśli? Aż parsknęła, w duchu wprawdzie, ale jednak. Takie światłe „wróżby” to sama mogłaby rozdawać na prawo i lewo, nic, tylko się przebrać i w jednej dłoni trzymać szklaną kulę, a w drugiej talię kart. I tak „uzbrojoną” zaczepiać przypadkowych ludzi.
- No tak – przytaknęła odruchowo – Wybacz, po prostu… pierwsze moje skojarzenie, jeśli chodzi o egzorcystę, to jednak przepędzanie ducha, który sobie przywłaszczył czyjeś ciało – przyznała i zastukała lekko paznokciem o kubek. Czy coś mogło przyjść za nią? W zasadzie, raczej nie „coś” a „ktoś”. Nie brzmiało to aż tak głupio, nieco gorzej z samymi sygnałami, bo jak na razie – średnio widziała większy sens w tym, co zdążyła zobaczyć. Chyba że to miałby być znak, że ma się zatroszczyć o kuzynki, zaopiekować się nimi…? Och, o ileż byłoby łatwiej, gdyby mogła po prostu z wujkiem porozmawiać!
- Przemyślę to, Patrick – obiecała w końcu, w głębi ducha wiedząc, że naprawdę od siedzenia z założonymi rękoma nie zdobędzie żadnej wiedzy, która pomogłaby w powróceniu do normalności. O ile taka była możliwa. Bo nie, Mavelle nie pragnęła pozostać zimną, nie była z tych, którzy trzymają wszystkich na odległość minimum wyciągniętej ręki. Chciała móc czuć ciepło bliskich i oferować im ciepło w razie potrzeby, nie konieczność szukania naprędce ciepłych swetrów – Mówiłeś, że spotkałeś dwie osoby. Może to nie ten brat siedzi cicho, tylko ta druga? O ile po prostu nie jestem wyjątkiem – podsunęła jeszcze. Tak, Patrick żartował, ale Bones albo tego nie wychwyciła, albo nie uznała, że było to coś, co można po prostu obśmiać – Może powinniśmy pomyśleć nad spotkaniem się we czwórkę, żeby porównać nasze spostrzeżenia – wymruczała jeszcze i pociągnęła długi łyk kawy.
Choć zapewne i tak niewiele by to zmieniło, gdyby otworzyła się szerzej. Gdyby przyznała, kim dokładnie była ta osoba, że w ten sposób dowiedziała się, iż Derwina już nie ma między nimi – och, na Matkę, nawet teraz trudno było to przyjąć do wiadomości! Nawet teraz, kiedy już nie miała jedynie własnych (i innych) domysłów, podpartych wspomnieniami, które przecież uznawała początkowo za jakieś złudzenia. Albo raczej: chciała uznawać.
Bo w tym wszystkim najzwyczajniej w świecie kryła się prawda, której przyjęcie do wiadomości było bardzo, bardzo trudne.
- Brat Szeptuchy? – zdziwiła się nieco, po czym zmarszczyła brwi. Przepowiednia… przepowiednia. Te słowa nie były dla niej, nie zapisała ich zatem w pamięci, nawet nie była pewna, czy tak naprawdę je słyszała. Chyba nie? Ale kojarzyła, że Steward o tym wspominał - Mówisz o tej przepowiedni z Ostary? – spytała w końcu, po chwili milczenia. Wróżby, psia ich mać, jak nie Szeptucha, to chędożony Dolohov, który zdawał się tak naprawdę odstawić jakiś spektakl, żeby móc tłumaczyć, iż słowa, jakie skierował pod adresem jej i Erika, nie były w istocie żadną groźbą. Bo niestety, ale Mavelle nieszczególnie lubowała się w sztuce dywinacji a to, co wtedy tam usłyszała? Naprawę zahaczało o groźby. Szczegół, że faktycznie dach zerwało.
Przynajmniej nie rzygała do miski.
Do samej Szeptuchy zresztą też podchodziła podejrzliwie; gdyby nie wspomnienie o niej, to zapewne już całkiem pozbyłaby się z pamięci tej krótkiej chwili z Beltane. Jak to szło? Dzikość? Silniejsza, niż myśli? Aż parsknęła, w duchu wprawdzie, ale jednak. Takie światłe „wróżby” to sama mogłaby rozdawać na prawo i lewo, nic, tylko się przebrać i w jednej dłoni trzymać szklaną kulę, a w drugiej talię kart. I tak „uzbrojoną” zaczepiać przypadkowych ludzi.
- No tak – przytaknęła odruchowo – Wybacz, po prostu… pierwsze moje skojarzenie, jeśli chodzi o egzorcystę, to jednak przepędzanie ducha, który sobie przywłaszczył czyjeś ciało – przyznała i zastukała lekko paznokciem o kubek. Czy coś mogło przyjść za nią? W zasadzie, raczej nie „coś” a „ktoś”. Nie brzmiało to aż tak głupio, nieco gorzej z samymi sygnałami, bo jak na razie – średnio widziała większy sens w tym, co zdążyła zobaczyć. Chyba że to miałby być znak, że ma się zatroszczyć o kuzynki, zaopiekować się nimi…? Och, o ileż byłoby łatwiej, gdyby mogła po prostu z wujkiem porozmawiać!
- Przemyślę to, Patrick – obiecała w końcu, w głębi ducha wiedząc, że naprawdę od siedzenia z założonymi rękoma nie zdobędzie żadnej wiedzy, która pomogłaby w powróceniu do normalności. O ile taka była możliwa. Bo nie, Mavelle nie pragnęła pozostać zimną, nie była z tych, którzy trzymają wszystkich na odległość minimum wyciągniętej ręki. Chciała móc czuć ciepło bliskich i oferować im ciepło w razie potrzeby, nie konieczność szukania naprędce ciepłych swetrów – Mówiłeś, że spotkałeś dwie osoby. Może to nie ten brat siedzi cicho, tylko ta druga? O ile po prostu nie jestem wyjątkiem – podsunęła jeszcze. Tak, Patrick żartował, ale Bones albo tego nie wychwyciła, albo nie uznała, że było to coś, co można po prostu obśmiać – Może powinniśmy pomyśleć nad spotkaniem się we czwórkę, żeby porównać nasze spostrzeżenia – wymruczała jeszcze i pociągnęła długi łyk kawy.