Wolność, ah, wolność... Wolność słowa, wolność wyboru, wolność od i wolność do. Prawda, definicji jest od groma. Kayden wolność lubił... taką, która pozwalała mu zamknąć oczy i skupić się na ciszy. Chciałoby się tak powiedzieć "Pieprzę to wszystko" i żyć długo i szczęśliwie. Niestety tak nie jest, a Kay nawet nie zamierzał szukać, bo podświadomie wiedział, że to bez sensu. To nie raj, żeby istnieć długo i szczęśliwie. To nie niebo, żeby po chmurkach latać, ale i nie piekło, żeby cię płomienie pożerały. To było życie, a życie to surowe jadło, które trzeba przełknąć, bo innego wyjścia nie ma. Inaczej zdechniesz z głodu. Nic więc dziwnego, że i Laurent i Kayden brnęli przez to bagno, nie marząc o tym, żeby błoto zamieniło się w cukier. To niemożliwe. A skoro niemożliwe, to lepiej nie trwać w ułudzie i po prostu skupić się na przetrwaniu kolejnego dnia. Kolejnego poranku, kolejnego tygodnia, kolejnego roku... Szukać w tym całym bagnie ładnych kwiatków, co to na bagnach rosły. Takie małe cudo pośród brudu i smrodu. Żółte kaczeńce, czermienie, hibiskusy, kwiaty lotosu... Znalazłoby się tu kilka. Symbolika, bo i kwiaty bagienne i chwile ulotne miały to do siebie, że były piękne i tak samo pięknie umierały, pozostawiając po sobie tylko wspomnienia. Kayden zbierał te chwile, bo bez nich to już dawno utopiłby się w tym bagnie i tyle go widzieli. Takie chwile jak spokojny wieczór, jak smak kawy, jak zapach lasu, jak szum deszczu... i od razu nieco lżej było i czuło się tą wolność. Tą jedną z wolności, których jest od cholery. Tą najłatwiejszą do przyganięcia.
Kayden westchnął cicho, a westchnięcie to było swego rodzaju puszką pandory dla własnych myśli. Nie to, że się speszył, czy może zawstydził. Bardziej naburmuszył jak dzieciak, bo go zakłuła wewnętrznie ta "kompromitacja". Nie lubił o sobie myśleć źle, bo to była ta puszka pandory, która nagle pożerała go żywcem i odbierała siły. To jak spojrzenie w lustro przy dobrym świetle. Nagle widzisz wszystkie swoje wady i masz ochotę je rozbić. Skrzywić się i odejść. Jednak to, że ktoś był wyjątkiem, było dla niego... wyjątkowe. To jak te kwiaty na bagnach. Zwyczajnie piękne. Czy głupie było to, że logicznie próbował usprawiedliwić coś takiego jak wyjątek, przez pryzmat siebie i innych ludzi? Tych szarych i czarnych owiec? Może i głupie... Czy się do tego przyzna? Za chuja. Wolałby już połknąć sok z czyrakobulwy... Także opinia pozostała niezmieniona. Wyjątek był konieczny. Koniec. Kropka.
- Reguła nie przestanie działać, jeśli pojawia się wyjątek. Cały czas jest obecna, a wyjątek potwierdza jej istnienie. - Wyjaśnił spokojnie swój pogląd, bo akurat nie był typem człowieka, co to się oburza jak ktoś czegoś nie kuma, ani też nie traktuje go z góry. Pomijając już cały ten wątek z regułą i wyjątkiem, nigdy nie uważał niewiedzy jako coś godnego pożałowania albo zawstydzającego, więc też i ludzi traktował sprawiedliwie. Czegoś nie wiesz? No dobra, to ci wyjaśnię. Dalej nie łapiesz? Poczekaj, pokażę ci przykłady... Kay byłby dobrym nauczycielem, bo akurat do wiedzy to miał cierpliwość. Już ciężej z ludźmi... ale tylko, gdy pojawiała się ignorancja. - Bardzo często też wyjątek pomaga spostrzec regułę... Przykładem jest chociażby gramatyka. Tak więc sporadyczne odstępstwo od reguły nie obala jej prawdziwości. - Kayden odchrząknął znów, teraz już z widoczną niezręcznością na twarzy. - Proszę wybaczyć, jeśli zanudzam... - Powiedział, bo już w życiu nasłuchał się różnych komentarzy na temat paplania. Głównie w Hogwarcie, bo w pracy czy też w domu raczej nikt na to uwagi nie zwracał.
O mało ziemi nie zaczął całować, kiedy już wylądowali... zamiast tego, zaraz po wyjściu z powozu, zaczął całować papierosy, wciągając dym z ulgą. Taką udawaną trochę ulgą, bo ten tytoń bardziej działał jak placebo. Gówno dawał, zważywszy na jego odporność dla substancji szkodliwych, ale sama świadomość tego, że pali, przynosiło mu pewien spokój. Tak jak Laurent pić nie mógł, bo miał słabą głowę, tak Kayden upić nie potrafił, bo za mocną. Nieszczęścia chodzą parami...
Z fajką w ustach i trucizną w płucach, Kay pokiwał głową. Machinalnie zaczął prostować materiał płaszcza i podwijać rękawy białej koszuli. - Tak, dziękuję. Możemy się rozdzielić, będzie szybciej. - Zgodził się z Prevettem i pokrótce ustalił z nim gdzie, co i jak, żeby wszystko poszło sprawnie i żeby czasu zanadto nie marnować. Zamierzał osobiście odwiedzić ciotkę w jednym ze sklepów alchemicznych i może skoczyć też po inne rzeczy... może suchy prowiant? Jedno z wad magii to niemożliwość stworzenia jadła z niczego. Transmutacja transmutacją, ale tylu osób nie wyżywisz samym machaniem różdżki. Kayden zerknął na abraksany. - Na pewno chce je pan zostawiać na ulicy? W okolicy dużo dzieci... Nie to, żebym coś insynuował... - Powiedział, nie będąc pewnym co do możliwości utrzymania łagodniejszej natury... Michaela. Cóż za zgrabne imię dla abraksana! Nawet mu się podobało... Stosowne dla niebiaństkiego stworzenia.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)