03.08.2023, 13:08 ✶
Gdy Figg weszła do środka, Brenna skupiła spojrzenie na twarzy Nory, jakby szukała oznak, że coś jest nie tak. Chociaż tak naprawdę nie musiała. Wiedziała, że wiele rzeczy jest nie tak, a poza tym ostatnio często widywała smutnych, bladych ludzi o podkrążonych z niewyspania oczach. Może właśnie na przekór temu zmusiła się do posłania kobiecie tamten uśmiechu przez szybę.
– Cześć, kochanie – przywitała się, czekając aż Nora usiądzie naprzeciwko. Sama Brenna nie zabrała parasola. Włosy, trochę przycięte, wciąż miała lekko wilgotne, a marynarka schła, przewieszona przez oparcie wolnego krzesła. Deszcz nigdy nie przeszkadzał Brennie nadmiernie, a miała do przejścia tylko kawałek. – Oczywiście, że jem. Ja miałabym zapomnieć o jedzeniu? O co ty mnie podejrzewasz – spytała, i na dowód własnych słów nabiła na widelec kawałek bekonu umaczany w jajku i wsunęło go do ust. Była to przy okazji gra na czas, bo zyskiwała kilka sekund, kiedy nie musiała mówić: bo były to dni, gdy nawet Brennie czasem brakowało słów. Co miała powiedzieć? Jak się trzymasz? Domyślała się, że nie najlepiej, a jednocześnie Nora zapewni, że jakoś sobie radzi. Powiedzieć, że jej przykro z powodu Salema? Już to mówiła. Z kolei nie zapytanie wcale, pominięcie tych wszystkich słów, od razu przejście do rzeczy, byłoby takie… nawet nie to, że niegrzeczne, ale jakby ściągnął tu Norę, by zadać parę pytań i zignorować wszystko inne. A przecież też chciała ją zobaczyć i martwiła się.
– Przepraszam, że ostatnio nie wpadałam do kawiarni, mamy straszny młyn – zaczęła więc na początek. Zazwyczaj zaglądała tam raz – dwa razy w tygodniu, albo przed pracą, albo po pracy, czasem by dłużej pogadać, czasem by wymienić parę słów i porwać jakąś kanapkę, pączka lub ciastko. Niekiedy w liczbie mnogiej, także dla krewnych czy współpracowników, w zależności od tego, czy wybierała się do Biura, czy do domu. W ostatnich dniach… Nawet te dziesięć minut na podejście na Pokątną i dziesięć spędzonych w klubokawiarni to było za wiele. Nie czuła się z tego powodu dobrze, chociaż wiedziała, że Nora zrozumie. – Mam nadzieję, że tam jakoś wszystko idzie?
Bez Salema. Ale i po Beltane. Brenna nie była pewna, czy w tej nowej, paskudnej rzeczywistości, ludzie zrezygnują na przykład z wychodzenia na wieczorne drinki. Pewnie w pierwszych dniach po sabacie tak było – nie miała okazji się przekonać, spędzając je w lesie, domu i Ministerstwie – ale być może teraz wracało to już jako tako do normy.
– Cześć, kochanie – przywitała się, czekając aż Nora usiądzie naprzeciwko. Sama Brenna nie zabrała parasola. Włosy, trochę przycięte, wciąż miała lekko wilgotne, a marynarka schła, przewieszona przez oparcie wolnego krzesła. Deszcz nigdy nie przeszkadzał Brennie nadmiernie, a miała do przejścia tylko kawałek. – Oczywiście, że jem. Ja miałabym zapomnieć o jedzeniu? O co ty mnie podejrzewasz – spytała, i na dowód własnych słów nabiła na widelec kawałek bekonu umaczany w jajku i wsunęło go do ust. Była to przy okazji gra na czas, bo zyskiwała kilka sekund, kiedy nie musiała mówić: bo były to dni, gdy nawet Brennie czasem brakowało słów. Co miała powiedzieć? Jak się trzymasz? Domyślała się, że nie najlepiej, a jednocześnie Nora zapewni, że jakoś sobie radzi. Powiedzieć, że jej przykro z powodu Salema? Już to mówiła. Z kolei nie zapytanie wcale, pominięcie tych wszystkich słów, od razu przejście do rzeczy, byłoby takie… nawet nie to, że niegrzeczne, ale jakby ściągnął tu Norę, by zadać parę pytań i zignorować wszystko inne. A przecież też chciała ją zobaczyć i martwiła się.
– Przepraszam, że ostatnio nie wpadałam do kawiarni, mamy straszny młyn – zaczęła więc na początek. Zazwyczaj zaglądała tam raz – dwa razy w tygodniu, albo przed pracą, albo po pracy, czasem by dłużej pogadać, czasem by wymienić parę słów i porwać jakąś kanapkę, pączka lub ciastko. Niekiedy w liczbie mnogiej, także dla krewnych czy współpracowników, w zależności od tego, czy wybierała się do Biura, czy do domu. W ostatnich dniach… Nawet te dziesięć minut na podejście na Pokątną i dziesięć spędzonych w klubokawiarni to było za wiele. Nie czuła się z tego powodu dobrze, chociaż wiedziała, że Nora zrozumie. – Mam nadzieję, że tam jakoś wszystko idzie?
Bez Salema. Ale i po Beltane. Brenna nie była pewna, czy w tej nowej, paskudnej rzeczywistości, ludzie zrezygnują na przykład z wychodzenia na wieczorne drinki. Pewnie w pierwszych dniach po sabacie tak było – nie miała okazji się przekonać, spędzając je w lesie, domu i Ministerstwie – ale być może teraz wracało to już jako tako do normy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.