03.08.2023, 13:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2023, 13:50 przez Brenna Longbottom.)
Posyłasz do walki dzieci.
Złośliwy głosik szeptał to zdanie w jej głowie i nie potrafiła go uciszyć. Ani powtarzaniem sobie, że to Voldemort i śmierciożercy nie oszczędzają dzieci, ani że Heather przecież nie jest już małą dziewczynką i że sama przyszła do pracy w BUM, gdzie walka jej nie minie. Nie pomagała i świadomość, że Wood ktoś już dawno wspomniał o paru sprawach i że była przyjacielem Zakonu, a ze swoim porywczym temperamentem, pewnością siebie i poglądami, nie było mowy, aby nie znalazła się w sytuacji zagrożenia prędzej czy później. Wyrzuty sumienia kłębiły się gdzieś w głębi duszy Brenny. Nie powstrzymały jej jednak. Strach, rozpacz, gniew, wątpliwości, wyrzuty sumienia, to wszystko towarzyszyło Brennie w ostatnich latach nie jeden raz, i ani razu nie pozwoliła, aby te emocje stanęły na drodze.
Podobno czasem pewnymi rzeczami nie powinni się wcale zajmować najodważniejsi, najmądrzejsi ani najbardziej lubiani, a ci, którzy byli gotowi podjąć trudne decyzje.
Mogła mieć jedynie nadzieję, że ta decyzja nie będzie miała przykrych konsekwencji. Że rudowłosa Brygadzistka nie zginie z jej winy, ani że nie powie gdzieś zbyt wiele, bo poniosły ją emocje. Ani że ktoś inny nie powie za wiele o niej. O to, że odmówi, Brenna zbytnio się nie martwiła. W ciągu ostatnich tygodni zdążyła poznać Wood na tyle, że spodziewała się zgody i to wyrażonej bez większego namysłu. Patrick się zgodził, więc…
Brenna poprosiła więc Heather, żeby wpadła do domu Longbottomów. Nie chciała dyskutować z Wood w Ministerstwie albo gdzieś na Pokątnej. To miejsce i strażnica w Wieży Godryka były jedynymi, które uważała za na tyle bezpieczne, aby móc otwarcie rozmawiać o pewnych sprawach.
- Cześć – przywitała się, wstając z fotela, kiedy w kominku zapłonął ogień. Gdy Heather wyszła z płomieni, Brenna odłączyła palenisko od sieci. Zdaniem wielu byłby to zbytek ostrożności, ale od Beltane… po prostu zachowywali podwójną ostrożność. Dwa psy – labrador i mieszaniec, niezbyt piękny – podniosły głowy. Ten pierwszy podbiegł przywitać gościa, ten drugi schował się za Brenną, która pochyliła się, by go pogłaskać uspokajająco.
Na twarzy, a konkretnie na łuku brwiowym, miała ślad po ranie. Wyglądała na gojącą się, jakby powstała jakiś czas temu, choć na pogrzebie jej nie było. Pewnie potraktowano ją magią.
– Chcesz się czegoś napić? Chodź na górę, do mojego pokoju – poprosiła. W salonie, była pewna, zaraz ktoś się pojawi. Nie to, że ktoś nie powinien się dowiedzieć, co i jak, ale po prostu łatwiej było odbyć tę rozmowę bez rozpraszaczy.
Ruszyła do piętro, a potem na lewo. Znajdował się tutaj spory pokój, w którym stały wiekowe sprzęty – duże łóżko, drewniana, ciężka komoda i równie ciężka skrzynia, stara szafa, biurko, z licznymi szufladami i regał, zastawiony książkami. Nie był wielki, bo w domu znajdowała się też biblioteka, ale Brenna trzymała tu swoje ulubione powieści i podręczniki, a wprawne oko dostrzegłoby pośród nich także utwory mugolskich autorów.
Ze zdjęć, ustawionych na komodzie i powieszonych nad nią, patrzyły liczne postacie. Były tam zdjęcia małej Brenny i małego Erika, Bren, Erika i Mavelle już dorosłych, rzucających w siebie zimą śnieżkami i spora fotografia większości licznej rodziny, zapewne z jakiegoś zjazdu rodzinnego. Znalazło się zdjęcie z Norą i małą Mabel, i takie z czasów Hogwartu, na którym piętnastoletnia Brenna z dużym zaangażowaniem starała się ustawić kolegów i koleżanki z roku tak, by wszyscy mieścili się w kadrze. Z jeszcze innego zerkały Danielle i Lucy.
Większość z nich wykonano przynajmniej dwa lata temu. W czasach, gdy świat zdawał się jeszcze… prostszy. O tym, że teraz nie był taki prosty, świadczyła czarna tasiemka, zdobiąca zdjęcie jej wuja.
Złośliwy głosik szeptał to zdanie w jej głowie i nie potrafiła go uciszyć. Ani powtarzaniem sobie, że to Voldemort i śmierciożercy nie oszczędzają dzieci, ani że Heather przecież nie jest już małą dziewczynką i że sama przyszła do pracy w BUM, gdzie walka jej nie minie. Nie pomagała i świadomość, że Wood ktoś już dawno wspomniał o paru sprawach i że była przyjacielem Zakonu, a ze swoim porywczym temperamentem, pewnością siebie i poglądami, nie było mowy, aby nie znalazła się w sytuacji zagrożenia prędzej czy później. Wyrzuty sumienia kłębiły się gdzieś w głębi duszy Brenny. Nie powstrzymały jej jednak. Strach, rozpacz, gniew, wątpliwości, wyrzuty sumienia, to wszystko towarzyszyło Brennie w ostatnich latach nie jeden raz, i ani razu nie pozwoliła, aby te emocje stanęły na drodze.
Podobno czasem pewnymi rzeczami nie powinni się wcale zajmować najodważniejsi, najmądrzejsi ani najbardziej lubiani, a ci, którzy byli gotowi podjąć trudne decyzje.
Mogła mieć jedynie nadzieję, że ta decyzja nie będzie miała przykrych konsekwencji. Że rudowłosa Brygadzistka nie zginie z jej winy, ani że nie powie gdzieś zbyt wiele, bo poniosły ją emocje. Ani że ktoś inny nie powie za wiele o niej. O to, że odmówi, Brenna zbytnio się nie martwiła. W ciągu ostatnich tygodni zdążyła poznać Wood na tyle, że spodziewała się zgody i to wyrażonej bez większego namysłu. Patrick się zgodził, więc…
Brenna poprosiła więc Heather, żeby wpadła do domu Longbottomów. Nie chciała dyskutować z Wood w Ministerstwie albo gdzieś na Pokątnej. To miejsce i strażnica w Wieży Godryka były jedynymi, które uważała za na tyle bezpieczne, aby móc otwarcie rozmawiać o pewnych sprawach.
- Cześć – przywitała się, wstając z fotela, kiedy w kominku zapłonął ogień. Gdy Heather wyszła z płomieni, Brenna odłączyła palenisko od sieci. Zdaniem wielu byłby to zbytek ostrożności, ale od Beltane… po prostu zachowywali podwójną ostrożność. Dwa psy – labrador i mieszaniec, niezbyt piękny – podniosły głowy. Ten pierwszy podbiegł przywitać gościa, ten drugi schował się za Brenną, która pochyliła się, by go pogłaskać uspokajająco.
Na twarzy, a konkretnie na łuku brwiowym, miała ślad po ranie. Wyglądała na gojącą się, jakby powstała jakiś czas temu, choć na pogrzebie jej nie było. Pewnie potraktowano ją magią.
– Chcesz się czegoś napić? Chodź na górę, do mojego pokoju – poprosiła. W salonie, była pewna, zaraz ktoś się pojawi. Nie to, że ktoś nie powinien się dowiedzieć, co i jak, ale po prostu łatwiej było odbyć tę rozmowę bez rozpraszaczy.
Ruszyła do piętro, a potem na lewo. Znajdował się tutaj spory pokój, w którym stały wiekowe sprzęty – duże łóżko, drewniana, ciężka komoda i równie ciężka skrzynia, stara szafa, biurko, z licznymi szufladami i regał, zastawiony książkami. Nie był wielki, bo w domu znajdowała się też biblioteka, ale Brenna trzymała tu swoje ulubione powieści i podręczniki, a wprawne oko dostrzegłoby pośród nich także utwory mugolskich autorów.
Ze zdjęć, ustawionych na komodzie i powieszonych nad nią, patrzyły liczne postacie. Były tam zdjęcia małej Brenny i małego Erika, Bren, Erika i Mavelle już dorosłych, rzucających w siebie zimą śnieżkami i spora fotografia większości licznej rodziny, zapewne z jakiegoś zjazdu rodzinnego. Znalazło się zdjęcie z Norą i małą Mabel, i takie z czasów Hogwartu, na którym piętnastoletnia Brenna z dużym zaangażowaniem starała się ustawić kolegów i koleżanki z roku tak, by wszyscy mieścili się w kadrze. Z jeszcze innego zerkały Danielle i Lucy.
Większość z nich wykonano przynajmniej dwa lata temu. W czasach, gdy świat zdawał się jeszcze… prostszy. O tym, że teraz nie był taki prosty, świadczyła czarna tasiemka, zdobiąca zdjęcie jej wuja.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.