03.08.2023, 15:40 ✶
- Wygląda podobnie - powiedziała Brenna, a na jej ustach zaigrał uśmiech. Gościa, który zepchnął ją ze schodów, też zepchnęła ze schodów. Ślad po bitce z Saurielem był już szczęśliwie praktycznie niewidoczny - tutaj to ona wyglądała dużo gorzej od niego. - Chociaż on siedzi w areszcie, a ja nie.
Pies z radością przyjął atencję, a kiedy kobiety ruszyły na górę, skierował się tam po prostu za nimi. Chociaż Brenna (i zapewne inni domownicy) próbowali je tresować i nauczyć manier, było jasne, że tu z czymś takim jak przemoc te się nie zetkną - były więc dość śmiałe w pakowaniu się do pokojów. Zwłaszcza młodszego pokolenia.
- Siadaj, proszę - stwierdziła, ręką machając ku fotelowi przy biblioteczce albo krześle przy biurku. Sama podciągnęła się na parapet i przy okazji uchyliła okno. Majowa pogoda ich nie rozpieszczała, ale Longbottom lubiła zapach deszczu, i jakoś... potrzebowała powietrza.
Kiedy Heather zaczęła przepraszać, rzuciła jej nieco zaskoczone spojrzenie.
- Czemu za to przepraszasz? Nie ty go zabiłaś, Heather. I na pewno nie oczekiwałam, że w związku z jego śmiercią, przyjdziesz tu w żałobnym kirze, cała zapłakana - zapewniła łagodnym tonem. Od morderstwa Derwina minęły prawie dwa tygodnie. Za mało, aby otrząsnąć się z żałoby, nie rozmyślać, co można było zrobić inaczej, dojść do siebie. Wystarczająco dużo, aby życie powoli wracało na swoje tory.
Po prostu odrobinę odmienione. A Brenna nie była na tyle naiwna, by oczekiwać, że cały świat zatrzyma się z powodu ich rozpaczy.
– Zginęło tam zresztą sporo osób – powiedziała cicho. – Ale nie chciałam rozmawiać o Beltane… chociaż. Może w pewnym sensie tak.
Nie pierwszy raz rozmawiała z kimś o Zakonie. To jednak jakoś nigdy nie stawało się łatwiejsze. Może dlatego, że Brenna zawsze miała w głowie tysiąc myśli o tym, co może pójść nie tak. Do niedawna sądziła, że przesadza, ale Beltane…
Nawet ona nie oczekiwała, że będzie tak źle.
Sprawę nieco ułatwiał fakt, że Heather co nieco już wiedziała. Może nie wszystko, ale oscylowała w sieci Zakonu, a że oni o Beltane dowiedzieli się więcej niż inni, też mogła się zorientować.
– Mieliśmy pokaz, że Ministerstwo sobie nie poradzi. – Zakon też nie. Bo był za mały. Nie mieli dość ludzi. A większa organizacja z kolei oznaczało większą podatność… Brenna tak bardzo się miotała w tym względzie. – Nie pod rządami obecnej Minister. Krótko mówiąc, Heather? Potrzebujemy ludzi, którzy będą gotowi złapać za różdżki tam, gdzie Ministerstwo wchodzić nie powinno, bo jest zinfiltrowane, albo nie mogą, bo Minister wyśle ich na jakiś wieczorek poetycki.
Pies z radością przyjął atencję, a kiedy kobiety ruszyły na górę, skierował się tam po prostu za nimi. Chociaż Brenna (i zapewne inni domownicy) próbowali je tresować i nauczyć manier, było jasne, że tu z czymś takim jak przemoc te się nie zetkną - były więc dość śmiałe w pakowaniu się do pokojów. Zwłaszcza młodszego pokolenia.
- Siadaj, proszę - stwierdziła, ręką machając ku fotelowi przy biblioteczce albo krześle przy biurku. Sama podciągnęła się na parapet i przy okazji uchyliła okno. Majowa pogoda ich nie rozpieszczała, ale Longbottom lubiła zapach deszczu, i jakoś... potrzebowała powietrza.
Kiedy Heather zaczęła przepraszać, rzuciła jej nieco zaskoczone spojrzenie.
- Czemu za to przepraszasz? Nie ty go zabiłaś, Heather. I na pewno nie oczekiwałam, że w związku z jego śmiercią, przyjdziesz tu w żałobnym kirze, cała zapłakana - zapewniła łagodnym tonem. Od morderstwa Derwina minęły prawie dwa tygodnie. Za mało, aby otrząsnąć się z żałoby, nie rozmyślać, co można było zrobić inaczej, dojść do siebie. Wystarczająco dużo, aby życie powoli wracało na swoje tory.
Po prostu odrobinę odmienione. A Brenna nie była na tyle naiwna, by oczekiwać, że cały świat zatrzyma się z powodu ich rozpaczy.
– Zginęło tam zresztą sporo osób – powiedziała cicho. – Ale nie chciałam rozmawiać o Beltane… chociaż. Może w pewnym sensie tak.
Nie pierwszy raz rozmawiała z kimś o Zakonie. To jednak jakoś nigdy nie stawało się łatwiejsze. Może dlatego, że Brenna zawsze miała w głowie tysiąc myśli o tym, co może pójść nie tak. Do niedawna sądziła, że przesadza, ale Beltane…
Nawet ona nie oczekiwała, że będzie tak źle.
Sprawę nieco ułatwiał fakt, że Heather co nieco już wiedziała. Może nie wszystko, ale oscylowała w sieci Zakonu, a że oni o Beltane dowiedzieli się więcej niż inni, też mogła się zorientować.
– Mieliśmy pokaz, że Ministerstwo sobie nie poradzi. – Zakon też nie. Bo był za mały. Nie mieli dość ludzi. A większa organizacja z kolei oznaczało większą podatność… Brenna tak bardzo się miotała w tym względzie. – Nie pod rządami obecnej Minister. Krótko mówiąc, Heather? Potrzebujemy ludzi, którzy będą gotowi złapać za różdżki tam, gdzie Ministerstwo wchodzić nie powinno, bo jest zinfiltrowane, albo nie mogą, bo Minister wyśle ich na jakiś wieczorek poetycki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.