05.11.2022, 19:36 ✶
1969
Geraldine i Semiramis
Londyn
Ulice były tłoczne – za tłoczne, co przytłaczało ją niesamowicie i nie mogła nadziwić się, czemu ktokolwiek chciał spędzać czas w tym miejscu. Brudne ulice, pozbawione jakiegokolwiek życia, ziemia zabita brukiem, który dusił i dławił jakiekolwiek życie które znajdowało się w okolicy, bloki, które wydawały się rozważać to, jak piękne mogły być te drogi gdyby dać naturze swobodnie się rozwijać. To miasto mogłoby być prawdziwym lasem, w którym drzewa sięgałyby wysoko, chroniąc rośliny cieniem ale jednocześnie przepuszczając światło. Dni, które ludzie spędzali na niszczeniu, natura musiała poświęcić na odbudowanie. To piękno, które miasta zatraciły, wołało ją ostatnio co raz mocniej.
Nie miała nawet pojęcia, że idąc dziś na proste zakupy właduje się w sam środek jakiegoś protestu. Umysł próbował przypomnieć sobie, co miała o tym kojarzyć, co powinno się dziać, ale nie, to nie była chwila w której przypominała sobie cokolwiek. Musiała jednak przejść, a to akurat jej nie obchodziło, co się działo, dlatego bez żadnego zastanowienia wniknęła w tłum, przepychając się pomiędzy obecnymi, próbując dotrzeć do drugiego końca ulicy bez zwracania na siebie uwagi. Jeszcze tego brakowało aby teraz nagle zwrócono na nią uwagę i powiedziano, że otwarcie popiera ruch mugolaków…albo czego tam krzyczano, próbując przepchnąć się gdzieś dalej.
Mijała zaułek w który mogła się wślizgnąć, z czego chciała skorzystać, ale nagły wstrząsnął rozległ się tuż za nią, nie pozwalając jej na przemieszczenia się z miejsca na miejsce, przynajmniej nie na tyle, aby móc decydować o własnych ruchach. Czyjś łokieć uderzył ją w żebra kiedy rozległy się krzyki i tłum zaczął biec, czyjaś wyciągnięta dłoń otarła się o jej policzek, a ona czuła jak powietrze uchodziło z jej płuc powoli kiedy zmuszona była na podążanie za tłumem i przelanie się do bocznej uliczki.
Nienawidziła wszystkich w tym momencie, niezależnie kim byli i co chcieli zrobić.
Poczuła jak w niej samej gotuje się złość, a za złością szła też klątwa, której wybuchu była bliska i który w końcu nastąpił. Nie wiedziała już, w której uliczce są, co się dzieje, gdzie dokładnie teraz zmierzała, lecz gdy ziemia dookoła się rozstąpiła, sprawiając, że ostre szpikulce odepchnęły część ludzi, raniąc kolejnych, odetchnęła z ulgą. Nareszcie wolna. Nie zwracała uwagi na krzyki dookoła niej, prześlizgując się pomiędzy makabrycznym wytworem klątwy żywiołów, próbując uciec z tego miejsca kiedy wpadła na kolejną osobę.