03.08.2023, 23:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2025, 16:15 przez Dora Crawford.)
Mimo że panował maj, a na dworze zachodziły zmiany powoli witające lato, Dora nie czuła tej zwykłej, należytej temu ekscytacji. Bo jakże by mogła, kiedy tak niedawno mieli do czynienia z tak ogromną tragedią, jaką okazało się Beltane, a teraz musieli uporać się z jej pokłosiem.
Po wichurze i pogrzebie, przyszła cisza. Nawet jeśli Crawley sama nie znalazła się wieczorem wśród ognisk, szalejącego wiatru i walczących śmierciożerców, wciąż było jej ciężko. Czuła, że mogła tam być - mogła pomóc swoim przyjaciołom, a zamiast tego siedziała bezpiecznie zamknięta w czterech ścianach posiadłości, zaledwie czuwając.
Kiedy Brenna zajrzała do jej pokoju, siedziała przy oknie, wertując jedną z medycznych książek, które trzymała w pokoju. Lektura szła jej jednak tego dnia raczej opornie, czy to przez nastrój, czy to przez samą pogodę, więc kiedy usłyszała Brennę, drgnęła nagle, z pewną ulgą zamykając trzymany w rękach tom.
Zsunęła nogi z niskiego parapetu, który znajdował się przy oknie, a na którym leżały gruby koc i poduszki, zapewniające lepszy komfort spędzania tam czasu. Zawsze lubiła na nim siedzieć, dzięki temu mogąc spoglądać co chwile na okno, na rozrastające się dookoła Warowni sady, własne grządki i odległą linię gęściejszych drzew. Uśmiechnęła się też, w ten sam sposób co Brenna, uśmiechem nie tak jasnym jak zwykle, zbyt zmęczonym tym co działo się ostatnio.
- Oczywiście, wchodź i tak nie robiłam nic ważnego. Tylko czytałam - zachęciła ją, dłonią najpierw machając w jej kierunku, jakby tylko chcąc podkreślić słowa, a zaraz potem klepiąc nią miejsce obok siebie, tym samym zapraszając Brennę do przycupnięcia obok niej, gdyby ta tylko miała na to ochotę.
Po wichurze i pogrzebie, przyszła cisza. Nawet jeśli Crawley sama nie znalazła się wieczorem wśród ognisk, szalejącego wiatru i walczących śmierciożerców, wciąż było jej ciężko. Czuła, że mogła tam być - mogła pomóc swoim przyjaciołom, a zamiast tego siedziała bezpiecznie zamknięta w czterech ścianach posiadłości, zaledwie czuwając.
Kiedy Brenna zajrzała do jej pokoju, siedziała przy oknie, wertując jedną z medycznych książek, które trzymała w pokoju. Lektura szła jej jednak tego dnia raczej opornie, czy to przez nastrój, czy to przez samą pogodę, więc kiedy usłyszała Brennę, drgnęła nagle, z pewną ulgą zamykając trzymany w rękach tom.
Zsunęła nogi z niskiego parapetu, który znajdował się przy oknie, a na którym leżały gruby koc i poduszki, zapewniające lepszy komfort spędzania tam czasu. Zawsze lubiła na nim siedzieć, dzięki temu mogąc spoglądać co chwile na okno, na rozrastające się dookoła Warowni sady, własne grządki i odległą linię gęściejszych drzew. Uśmiechnęła się też, w ten sam sposób co Brenna, uśmiechem nie tak jasnym jak zwykle, zbyt zmęczonym tym co działo się ostatnio.
- Oczywiście, wchodź i tak nie robiłam nic ważnego. Tylko czytałam - zachęciła ją, dłonią najpierw machając w jej kierunku, jakby tylko chcąc podkreślić słowa, a zaraz potem klepiąc nią miejsce obok siebie, tym samym zapraszając Brennę do przycupnięcia obok niej, gdyby ta tylko miała na to ochotę.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.