Szczęście ma to do siebie, że dla każdego jest osobnym płatkiem śniegu, ale czy ten płatek rozpoznamy i jesteśmy w stanie go utrzymać, żeby się nie stopił... Cóż, to już inna bajka. Kay nawet nie potrafił wyjaśnić definicji szczęścia. Jeśli ktoś by go zapytał wprost, czy jest szczęśliwy, od razu by się skrzywił. Nie był. Dlaczego? Cholera wie... Coś mu nie pasowało. Coś jednak było nie tak. Coś go uwierało... Co? No właśnie, co? Skoro nie zna definicji szczęścia, to jak niby ma powiedzieć, czy to szczęście osiągnął? Albo jak właściwie miałby je rozpoznać? Może powinien być szczęśliwy. Miał przecież rodzinę, pieniądze, przyja- znajomych, pracę, a nawet pasję... Co do cholery było nie tak? Dopóki się nie dowie, wolny też nie będzie. I tak się koło toczy, świece wosk topią, a Kayden pogrąża się głębiej w bagnie... Bo i on nie widzi sensu, żeby o te skrzydła walczyć. Mógł jedynie powtarzać każdego dnia, że wszystko będzie w porządku i trzymać głowę wysoko. Czasem się jednak zastanawiał nad tym szczęściem, ale ilekroć to robił, to jakoś mu ciężko było. Jakoś tlenu brakowało. Jakoś wszystko nagle stawało się wyblakłe. Więc nie myślał, żeby móc oddychać. To była jego wolność... taka syntetyczna.
- Bardzo dziękuję za pomoc, panie Prevett. - Rzekł Kayden dość formalnie, ale formalność też gdzieś się pogubiła przez fajkę w ustach i zimne, srebrne oczy. Wcale nie próbował być nieprzyjemny! Po prostu tak się prezentował, kiedy umysł miał zajęty kalkulacją. Oficjalnie. A bo to trzeba było posprawdzać, tu zapisać, tu sporządzić listę (którą już zapełnił podczas drogi powrotnej, żeby czymś zająć myśli), a tutaj załatwić kogoś do transportu. Przez chwilę nawet poczuł się jak w swoim miejscu pracy... Jakby latał między archiwami, katalogował i szukał dokumentów. Ale to tylko do momentu, kiedy wszystko zostało już załatwione. Powóz wyładowany, pakunki przeniesione, meldunek złożony, papiery podpisane, et cetera, et cetera~ Później wrócił do Laurenta, już bez tytoniu w ustach i ostrego spojrzenia. Raczej nieco łagodniejszego, jak na niego to wręcz przyjaznego! Spojrzał na abraksany i na ustach zatańczył mu krzywy uśmiech. - Dziękuję za... lot. - Powiedział. Cholera wie, czy do Michaela czy do Prevetta. Jakoś nie mógł odlepić oczu od tych skrzydeł... - Powiedziałbym, że przyjemny, ale sam pan wie... - Sarknął, tym razem już na pewno do blondyna, któremu skinął uprzejmie głową w mniej oficjalniej podzęce. Może za sam ten lot? Za ten nieoczekiwany zryw na niebie i złośliwe uśmiechy. Taaak, za to na pewno dziękował. Aż miał ochotę prychnąć, ale się powstrzymał. No, przynajmniej powrót był spokojny. Palipitacji serca nie dostał, zrzygać się nie zrzygał, więc w sumie powinien podziękować. Mogło być gorzej... - Wzajemnie. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. - Powiedział. - Oby nie w przestworzach... Do zobaczenia, Michaelu~ - Wykrzywił usta w uśmiechu, skinął głową ostatni raz i odszedł, znikając w tłumie ludzi przy namiotach. Chciał dopilnować, żeby wszystko było już na pewno załatwione, dopięte na ostatni guzik, zanim się zmyje stamtąd i zajmie się odreagowaniem podróży w przestworzach.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)