Obserwował ją spokojnie, nie dając upustu tym dwóm sprzecznym uczuciom, które podczas kilku chwil bacznego obserwowania się z odległości, walczyły w jego klatce piersiowej o pierwszeństwo. Przyglądanie się drobnej sylwetce Loretty i każdemu grymasowi malującemu się na twarzy w jakiś sposób zaspokajało dziecinną, irracjonalną potrzebę odpłacenia się kobiecie pięknym za nadobne.
Mimowolnie porównywał ją do zapamiętanego obrazu, znajdował podobieństwa i różnice. I nagle doznał nieprzyjemnie swędzącego wrażenia, że coś mu umyka, zupełnie niczym zamazany obiekt na peryferiach widzenia; rozmywał za każdym razem, gdy odwracał wzrok. W końcu niczego nie udało mu się uchwycić — było to kompletnie poza jego zasięgiem — zresztą nie miał wystarczająco dużo czasu, żeby dogłębnie się nad tym zastanowić.
Bo wtedy Loretta upuściła obrazy i krokiem tak szybkim, że niemal biegiem pokonała dzielącą ich resztę odległości.
A kiedy się z nim zderzyła, Logan nie potrafił już dłużej powstrzymywać brzydkiego grymasu niezadowolenia rozciągającego jego wargi. Bliskość fizyczna podrażniła go w niespodziewany sposób, zapach uderzył o nozdrza swoją dziwnie znajomą nutą, choć z pewnością zdążyła przez te wszystkie lata zmienić używane perfumy. Ale to jej słowa, niezrozumiałe pytanie niemal wykrzyczane mu w brzuch było czymś, co zirytowało go najbardziej.
Tyle sów bez odpowiedzi, tyle prób kontaktu i za każdym razem wciąż tylko odbijanie się niczym od tafli lodu oddzielającej Lorettę od otoczenia w czasie, kiedy najbardziej jej potrzebował — albo raczej w czasie, kiedy przez chwilę pragnął akurat jej bliskości. Kiedy chciał ją wykorzystać jeszcze raz, kiedy chciał zrozumieć okoliczności tragedii rodzinnej, której nie pojmował żadnym zmysłem; choć przecież wykorzystywał jej uczucie tyle razy wcześniej i ani przez chwilę nie czuł się z tym niewłaściwie.
Dlaczego, Logan?
Ty mi powiedz.
— Puść mnie — odezwał się wreszcie, a w jego głosie brzmiał stalowy nakaz. Siła woli wypowiedziana z taką determinacją, pod którą kobieta po prostu musiała się ugiąć. — Nie rób scen, Lestrange. Ludzie się gapią.
Mijający ich ludzie i ich pojedyncze ciekawskie spojrzenia posyłane w ich stronę akurat gówno go obchodziły; nie miał ani reputacji do ochrony, ani dumnego nazwiska, którego dobrego imienia trzeba było bronić własną piersią, nienagannymi manierami i eleganckim wyglądem. Ale być może ona miała.
Kiedy jej bliskość stała się nie do zniesienia, Logan wreszcie się poruszył. Podniósł ręce i złapał ją mocno za szczupłe, wręcz kruche ramiona, a następnie brutalnie ją od siebie odsunął. Mimo to nie puścił jej z tych dziwnych objęć, kiedy mógł wreszcie spojrzeć jej w oczy. Chciał, żeby widziała tę pogardę, jaką odczuwał w tym momencie. Żeby zrozumiała, że kiedyś, kiedy się przed nią otworzył, ona go bez wahania skrzywdziła, ale dzisiaj nie miało to już żadnego znaczenia — bo ona nie miała dla niego znaczenia.
— Za kogo ty się uważasz? — syknął jadowicie.
just wanna bury them