Był tak znajomy i bliski w całej tej surrealistycznej odległości, która momentalnie podzieliła ich przepaścią. Pachniał wciąż tak samo – papierosami i wodą kolońską, którą rozpoznałaby wszędzie, na każdym meandrze swojej śliskiej drogi; w ten sam sposób czesał włosy i w ten sam sposób układał wargi, gdy zamierzał pokalać przestrzeń słowami. Nie zmienił się wcale; niewątpliwie zmężniał i był coraz bardziej daleki jej drobnym dłoniom – rozpoznałaby go jednak po omacku, a ciepło jego ciała było wręcz okrutnie bolesne; przypominało jej, że nigdy do niej nie należał i nigdy należeć nie będzie, a nieodwołalność tych faktów kłębiła szloch głęboko w klatce piersiowej, póki co odbijający się jedynie szkłem w jej wielkich, sarnich oczach.
Nie mogła mu wyjaśnić swoich motywów, gdyż nawet ona sama się ich brzydziła. Lubiła uspokajać wzburzone na wzór piany morskiej wyrzuty sumienia prostą kantyczką, jakoby chciała go chronić własną ścianą milczenia i okrutną krzywdą, jaką było pozbycie się jego pamięci z felernego pożaru; prawda była zgoła inna i odmienne wyjaśnienia jedynie uspokajały dławiące wyrzuty sumienia – zrobiła to z czystego egoizmu. Już raptem jedna osoba, którą była ona, znająca faktyczny przebieg tragedii była o jedną z dużo – nie mogła pozwolić świadomości Logana zniszczyć jej domku z kart, utkanego przez lata mirażu królestwa lodowego i wygody.
Poczucie winy odnajdowało ją szczególnie dojmująco rankami, gdy patrząc w lustrzane odbicie wiedziała, że z tym obmierzłym „ja” musi spędzić kolejny dzień.
A zajęło jej rozciągłość lat, aby nie wpadać w histerię z tęsknoty i bólu; aby powstrzymywać się usilnie od odpowiedzi, gdy sowy Borgina zderzały się ze ścianą zbudowaną z milczenia.
Miał przecież za nic jej emocje, których był na linii lat świadomy, a ona – ciesząc się jedynie z tego, że jest przy niej – znosiła gorzko-cierpkie rozczarowania budujące się w solidne warstwy nieszczęścia. Pomimo tej okrutnej, fatalistycznej przypadłości losu, która kreowała relację jednostronnie, nie chciała go nigdy stracić.
Gdy jego słowa surowo wybrzmiały, rozluźniła palce zaciskające się kurczowo na jego odzieniu, odsuwając się raptem na centymetry, a jej dolna warga zadrżała nieprzejednanie.
Nie chciała się rozklejać i nie chciała robić scen; tym bardziej, że wzrok przechodniów momentalnie wlepił się w ten niebagatelnie osobliwy rozgardiasz – płótna spoczywające nieposkładanie na bruku i ją, mikrą w swoim wzroście i nagle jeszcze mniejszą przy jego złości. Łzy napłynęły jej do oczu mimowolnie.
– Ja… – zaczęła, jednak głos momentalnie się jej załamał, gdy pierwsza łza zaczęła toczyć swoją szklistą drogę po upudrowanym policzku. Prędko uniosła nadgarstek, wycierając odzieniem te gorące oznaki słabości ze swojego oblicza. – Ja nigdy nie chciałam cię skrzywdzić – wydukała w końcu, nie była jednak w stanie ponownie skrzyżować z nim spojrzeń.
Wzięła niepoprawnie głęboki wdech.
– Uważam się za osobę, która robiła wszystko, aby cię chronić, zawsze. Podczas gdy ty… – urwała, pociągając nosem – podczas gdy ty miałeś za nic moje uczucia – dokończyła wreszcie, a po jej twarzy łzy coraz śmielej toczyły swoją wędrówkę.