Ponure czasy przykrywały Londyn pod płachtą czerni i strachu. Czarnoksiężnicy panoszyli się ze swoimi paskudnymi gębami, głosząc swoje uwielbienie dla tego spaczenia. Tego całego brudu i smrodu. Czystość krwi... ale krew tak ochydna i zła, że ta czystość stawała się nagle obrazą. Wydawało się, że nikt nie był bezpieczny. Wszyscy, którzy nie pałali zbytnią miłością do czarnej magii, trzęśli się na każdą wzmiankę o Czarnym Panie. Kayden też był chmurny jak noc i milczący po ostatnich zamieszkach i atakach. Niedobrze mu się robiło, gdy tylko o tym słuchał. Nawet w pracy nagle wszyscy przycichli, próbując skupić myśli na robocie, żeby tylko odciągnąć tą ponurą atmosferę, ale na darmo. Była jak wiecznie obecna, gęsta mgła. Nie wiadomo z której strony coś nagle wyskoczy... Nawet matka ostatnimi czasy malowała paskudne obrazy, pełne szarości, czerwieni i gorzkich myśli, przeniesionych na płótno. Czasem miał też wrażenie, że jej malunki wydawały się przeklęte... Jakieś zakażone tym całym mrokiem. Aż ciary przechodziły.
Nie mógł tego znieść. Nie mógł znieść tej ciszy i tych szeptów o Voldemorcie. Drażniło go to i wpadał w jeszcze gorszą apatię niż miał w zwyczaju. Na szczęście swoim ponurym spojrzeniem srebrnych oczu zwrócił uwagę swojego znajomego, który przytargał go do klubu jazzowego, żeby jakoś to wszystko utopić w szklaneczce ognistej whisky i dobrym towarzystwie. Wcale nie oponował, a nawet nogi same go powadziły, byle by tylko odciążył nieco bolącą głowę. Nie chciał już o tym wszystkim myśleć. Chciał odskoczni. Tylko tyle i aż tyle.
Alkohol palił w gardło. Lepka, gęsta ciecz barwy ciemnego brązu nie była tania, ani też delikatna. Mocny, korzenny smak pozostawał w ustach, ilekroć maczał wargi w szklance. Tylko co mu po tym, skoro upić się nie mógł? Pozostawały mu już tylko dziewczęta i ich boskie usta, bo takie potrafiły zdziałać cuda...
- Ah, je crois que je suis amoureux, Isaac... Regarde quel ange est assis à côté de moi... - Kayden zaciągnął się dymem i wypuścił go z ust z czarującym uśmiechem. Błyskał oczami do panny, która mu towarzyszyła, odgarniając jej włosy za ucho. Piękna, drobna blondynka, która rzeczywiście mogła być tutaj uważana za niebiańską istotę, gdyby nie jej prowokacyjny makijaż. Nie przeszkadzało mu to. Nic mu nie przeszkadzało, byle by tylko pozbyć się tej przeklętej apatii. - Kayden, przestań gadać po francusku, bo za cholerę cię nie rozumiemy... - Mruknął jego przyjaciel, Isaac, który upatrzył sobie jakąś inną damę do towarzystwa, żeby mu również pozwoliła zapomnieć o świecie. - Oh, nie... Niech mówi! Ma takie złote usta~ - Zachichotała panna, wyraźnie nie mając pojęcia co powiedział Kayden, ale i tak słuchając go z uwagą. Możliwe, że zrozumiała słowo amoreux i ange, łącząc dwa do dwóch, co widocznie dawało jej wynik dziesięć. Złotousty napił się whisky i odstawił szklankę na stolik. - Wychwalam twoje piękno. Nie potrzeba ci nawet zaklęć, żeby oczarować mężczyzn... - Gruchał z zadowoleniem, mając głęboko gdzieś chichoczącego Isaaka. Wolał słuchać chichotu damy, która zajęta była wlepianiem oczu w usta pełne dymu i w złoty łańcuszek, przyczepiony na kołnieżyku czarnej jak węgiel koszuli. Muzyka i kobiety skutecznie odwracały jego uwagę od tego, co działo się na codzień pod jego czarną czupryną. Chwilowo cieszył się z tego, co jego srebrne oczy widziały, siedząc nonszalancko na kanapie z jedną ręką na oparciu. Choć rozmową zachwycać się nie mógł, bo głębszych przemyśleń z damy wyciągnąć nie potrafił. Jakoś nie była skora do tego... ale to nic, to nic... Ważne, że mógł się zrelaksować bez otaczających go, znajomych twarzy.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)