04.08.2023, 11:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2023, 11:04 przez Brenna Longbottom.)
Być może powinna była poprosić Dorę, aby do nich dołączyła. Może nie należało trzymać się instrukcji Dumbledore’a, który wspominał o Brygadzistach i aurorach. Może byłaby z wujkiem i zdołała mu pomóc. A może umarłaby razem z nim.
Brenna nie potrafiła wskazać dokładnie, w których miejscach popełniła błąd. Wiedziała tylko, że zrobiła ich dużo.
– Dzięki – powiedziała, podchodząc i przysiadając obok Dory na parapecie. Wyjrzała przez okno na sad. Niektóre drzewa ucierpiały przez wichurę, ale mur przynajmniej częściowo osłonił je przed wiatrem. Niedługo znów zaczną owocować, niedługo nadejdzie lato, chociaż zdawało się to… jakieś dziwne. A nie powinno, prawda?
– Chyba nie przyszłam w miłej sprawie – przyznała, przenosząc spojrzenie na Crawleyównę. – Chciałam prosić o pomoc. Skorzystać z twojej wiedzy – wyznała wprost. I pomyśleć, że Dora poczuła ulgę na jej widok, a tutaj ta chciała znów zapędzić ją do książek i to wcale nie takich ciekawych, traktujących o hodowli puszków pigmejskich czy miłych zaklęciach… – Podczas Beltane… chyba nikt z nas nie wie, co się stało, poza tym, że coś. I że to coś miało związek z limbo – wyjaśniła. Świadoma, że robi to dość nieporadnie, zwłaszcza jak na siebie, bo Brenna zwykle była dość zorganizowana i potrafiła zdawać raporty. Nawet jeżeli na co dzień wydawała się raczej chodzącym chaosem.
– W Kniei natykano się na różne rzeczy. Ciała w różnym stanie. Jedno z nich… wyglądało, jakby było bardzo stare. Trzymało je w ryzach tylko ubranie. W środku był pył. Zaschnięte fragmenty ciała – powiedziała, zniżając głos. W gardle czuła paskudną gulę, utrudniającą wydobycie z siebie słów. Nie wspomniała, że to ciało należało do Derwina Longbottoma. Człowieka, którego obie znały. Z którym obie mieszkały. Który lubił opowiadać głupie dowcipy i bawić się z psami w ich salonie, wyraźnie zachwycony, że tych nagle pojawiło się w domu tak wiele. Nie chciała jej tego mówić, nie z niechęci do dzielenia się informacjami, ale myśl o tym jak skończył Derwin wciąż ją prześladowała. Ją, pewnie dziadka, ojca… – Znasz jakieś zaklęcie, które mogłoby szybko do tego doprowadzić?
Miała dziwne wrażenie, że nie. Że to jednak nie było zaklęcie, ale… musiała się upewnić. Ona transmutacją mogłaby osiągnąć różne efekty, ale taki? Musiałaby naprawdę specjalnie się starać i poświęcić na to sporo czasu, a przecież tego śmierciożercy nie mieli. Nikt go nie miał. Chyba że Voldemort wynalazł jakiś nowy czar i nauczył go swoich pupilków...
Brenna nie potrafiła wskazać dokładnie, w których miejscach popełniła błąd. Wiedziała tylko, że zrobiła ich dużo.
– Dzięki – powiedziała, podchodząc i przysiadając obok Dory na parapecie. Wyjrzała przez okno na sad. Niektóre drzewa ucierpiały przez wichurę, ale mur przynajmniej częściowo osłonił je przed wiatrem. Niedługo znów zaczną owocować, niedługo nadejdzie lato, chociaż zdawało się to… jakieś dziwne. A nie powinno, prawda?
– Chyba nie przyszłam w miłej sprawie – przyznała, przenosząc spojrzenie na Crawleyównę. – Chciałam prosić o pomoc. Skorzystać z twojej wiedzy – wyznała wprost. I pomyśleć, że Dora poczuła ulgę na jej widok, a tutaj ta chciała znów zapędzić ją do książek i to wcale nie takich ciekawych, traktujących o hodowli puszków pigmejskich czy miłych zaklęciach… – Podczas Beltane… chyba nikt z nas nie wie, co się stało, poza tym, że coś. I że to coś miało związek z limbo – wyjaśniła. Świadoma, że robi to dość nieporadnie, zwłaszcza jak na siebie, bo Brenna zwykle była dość zorganizowana i potrafiła zdawać raporty. Nawet jeżeli na co dzień wydawała się raczej chodzącym chaosem.
– W Kniei natykano się na różne rzeczy. Ciała w różnym stanie. Jedno z nich… wyglądało, jakby było bardzo stare. Trzymało je w ryzach tylko ubranie. W środku był pył. Zaschnięte fragmenty ciała – powiedziała, zniżając głos. W gardle czuła paskudną gulę, utrudniającą wydobycie z siebie słów. Nie wspomniała, że to ciało należało do Derwina Longbottoma. Człowieka, którego obie znały. Z którym obie mieszkały. Który lubił opowiadać głupie dowcipy i bawić się z psami w ich salonie, wyraźnie zachwycony, że tych nagle pojawiło się w domu tak wiele. Nie chciała jej tego mówić, nie z niechęci do dzielenia się informacjami, ale myśl o tym jak skończył Derwin wciąż ją prześladowała. Ją, pewnie dziadka, ojca… – Znasz jakieś zaklęcie, które mogłoby szybko do tego doprowadzić?
Miała dziwne wrażenie, że nie. Że to jednak nie było zaklęcie, ale… musiała się upewnić. Ona transmutacją mogłaby osiągnąć różne efekty, ale taki? Musiałaby naprawdę specjalnie się starać i poświęcić na to sporo czasu, a przecież tego śmierciożercy nie mieli. Nikt go nie miał. Chyba że Voldemort wynalazł jakiś nowy czar i nauczył go swoich pupilków...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.