04.08.2023, 13:18 ✶
- Na pewno coś wymyślę – obiecała Brenna. A raczej świat dla nich wymyśli. Wciąż było kilka niedokończonych spraw, odłożonych na bok przez Beltane, w dodatku wpadały nowe. Cody, Watcher, włamanie do Ollivanderów i cała masa innych… - Duża? Naprawdę? – spytała żartobliwie, mierząc ją spojrzeniem. Rzecz jasna nie piła do tego, że Heather była dzieckiem, a do dzielącej je różnicy wzrostu. Wood była raczej niska, sama Brenna zaś należała do bardzo wysokich kobiet.
- To nie była twoja wina, Heather. Już mówiłam, że dobrze się spisałaś – powiedziała stanowczo, odnośnie walki podczas Beltane. Heather właściwie wcześniej nie musiała często walczyć. Na bagnach, w Lesie Wisielców… ale to nie było starcie z czarnoksiężnikami. De facto po raz pierwszy znalazła się w takiej sytuacji i poradziła sobie lepiej niż sama Brenna, która głównie próbowała nie dać śmierciożercy zabić siebie i reszty grupy. I była o to na siebie cholernie zła.
Mogła zrobić więcej. Chociaż zdawała sobie sprawę z przynajmniej jednego. Z tego że…
– Tak naprawdę zawsze mają nad nami przewagę. Uderzają tak, by zabić. Nam nie wolno – mruknęła. I frustrowało ją to. Tańczyła już na samej granicy, poza którą sięgnęłaby po ciemną magię. Przecież podczas Beltane, gdyby te pale sięgnęły celu… na pewno by to zrobiła. – Moc. Voldemort zawsze chce mocy – powiedziała cicho. Mogła się domyślać. Moc ognisk, kamień Shafiqów, o tym jej powiedziano. I wiedziała od Mavelle, co działo się w Limbo. Wiele wskazywało, że Voldemort wykradł coś z drugiej strony.
Nie chciała myśleć, co to oznaczało… a jednak musiała. Powinna. Bo z konsekwencjami będą mierzyć się oni wszyscy. Patrząc po tym, że tuż po Beltane szwankowała magia, a w lesie działy się dziwne rzeczy, nie tylko Zakon, nie tylko Ministerstwo, nie tylko mugolaki. Każdy doświadczy na sobie rezultatu działań tego, który sam siebie obwołał lordem.
– Skoro ciasteczka ci wystarczą, to świetnie. Możemy zejść do kuchni i jakichś poszukać, tak na pierwszą ratę. Mamy chyba jakieś z marmoladą i czekoladą – powiedziała, rozluźniając mięśnie ramion. Ciąg dalszy tej rozmowy o Zakonie, dopiero miał nastąpić. Chwilowo zasadniczo skończyły, ale i wrzucanie teraz Heather do kominka z powrotem, byłoby trochę… niegrzeczne. „Zgodziłaś się ryzykować życie, to cześć”. Brenna mogła poświęcić jej jeszcze chwilę przy herbacie i ciasteczkach, żeby po prostu pogadać – o tym, jak przebiega rehabilitacja, co słychać w pracy i ewentualnie odpowiedzieć na pytania, jakie Wood mogłaby mieć. O ile będzie potrafiła udzielić tych odpowiedzi.
- To nie była twoja wina, Heather. Już mówiłam, że dobrze się spisałaś – powiedziała stanowczo, odnośnie walki podczas Beltane. Heather właściwie wcześniej nie musiała często walczyć. Na bagnach, w Lesie Wisielców… ale to nie było starcie z czarnoksiężnikami. De facto po raz pierwszy znalazła się w takiej sytuacji i poradziła sobie lepiej niż sama Brenna, która głównie próbowała nie dać śmierciożercy zabić siebie i reszty grupy. I była o to na siebie cholernie zła.
Mogła zrobić więcej. Chociaż zdawała sobie sprawę z przynajmniej jednego. Z tego że…
– Tak naprawdę zawsze mają nad nami przewagę. Uderzają tak, by zabić. Nam nie wolno – mruknęła. I frustrowało ją to. Tańczyła już na samej granicy, poza którą sięgnęłaby po ciemną magię. Przecież podczas Beltane, gdyby te pale sięgnęły celu… na pewno by to zrobiła. – Moc. Voldemort zawsze chce mocy – powiedziała cicho. Mogła się domyślać. Moc ognisk, kamień Shafiqów, o tym jej powiedziano. I wiedziała od Mavelle, co działo się w Limbo. Wiele wskazywało, że Voldemort wykradł coś z drugiej strony.
Nie chciała myśleć, co to oznaczało… a jednak musiała. Powinna. Bo z konsekwencjami będą mierzyć się oni wszyscy. Patrząc po tym, że tuż po Beltane szwankowała magia, a w lesie działy się dziwne rzeczy, nie tylko Zakon, nie tylko Ministerstwo, nie tylko mugolaki. Każdy doświadczy na sobie rezultatu działań tego, który sam siebie obwołał lordem.
– Skoro ciasteczka ci wystarczą, to świetnie. Możemy zejść do kuchni i jakichś poszukać, tak na pierwszą ratę. Mamy chyba jakieś z marmoladą i czekoladą – powiedziała, rozluźniając mięśnie ramion. Ciąg dalszy tej rozmowy o Zakonie, dopiero miał nastąpić. Chwilowo zasadniczo skończyły, ale i wrzucanie teraz Heather do kominka z powrotem, byłoby trochę… niegrzeczne. „Zgodziłaś się ryzykować życie, to cześć”. Brenna mogła poświęcić jej jeszcze chwilę przy herbacie i ciasteczkach, żeby po prostu pogadać – o tym, jak przebiega rehabilitacja, co słychać w pracy i ewentualnie odpowiedzieć na pytania, jakie Wood mogłaby mieć. O ile będzie potrafiła udzielić tych odpowiedzi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.