04.08.2023, 15:32 ✶
Brenna nie miała wątpliwości, że te duchy nie chciały tu pozostać. Diagnoza Sebastiana wskazywała na to, że… cierpiały. Uwięzione czarnoksięską mocą, służące jako źródło mocy dla czarownika z mokradeł, znosiły katusze. Nie zastanawiała się więc nawet nad tym, czy któryś z nich nie chciałby zostać po tej stronie – jak Prawie Bezgłowy Nick czy Jęcząca Marta.
Zresztą o ile jako dziecko w Hogwarcie traktowała obecność tych duchów jako coś naturalnego, tak teraz, jak dorosła, uważała, że nie powinno ich tam być.
W ogóle nie powinny pozostawać wśród żywych.
Brenna ściskała palce mocno na powierzchni różdżki, w napięciu obserwując, jak materializują się kolejne dusze, a wspólna moc Jamila i Sebastiana otwiera im drogę do Limbo. Serce podchodziło jej do gardła, bo widywała duchy, widywała umarłych, patrzyła w ich wspomnienia… ale chyba nigdy dotąd nie była tak… blisko. Blisko drugiej strony. Podobno Trelawneyowie mieli specjalne związki z Limbo, i teraz spojrzała na Sebastiana jakby z pewną podejrzliwością, zaraz jednak jej spojrzenie skupiło się na sylwetkach, najpierw pojawiających się, potem znikających.
W niebycie?
Po drugiej stronie?
Żałowała, że tylko tyle mogą dla nich zrobić. Otworzyć im drogę. I spróbować ukarać tego, który odebrał im życie.
Tkwiła w niemalże bezruchu, póki wszystko się nie zakończyło. A potem, kiedy światła wygasły, gdy czaszka przestała błyszczeć, a zmęczony Jamil po prostu ułożył się na podłodze, spojrzała z pewnym zdziwieniem najpierw na spirytystów, a potem na Patricka.
– To wszystko? – spytała. Zabrzmiało to prawie, jakby była rozczarowana, więc szybko uzupełniła. – To znaczy, po prostu mi ciężko uwierzyć, że chociaż raz wszystko obyło się bez kłopotów. Wiecie? Byłam praktycznie pewna, że jeden z tych duchów nam zwieje. Spróbuje któreś z nas opętać. Albo nie wiem, zacznie nawiedzać kafeterię – wyjaśniła i odetchnęła. To wszystko nie było powodem do żartów i teraz jej gadanie nie wynikało tak naprawdę z chęci obrócenia wszystkiego w dowcip, a po prostu nerwowości.
Nie pamiętała, kiedy się jej zdarzyło, że każdy aspekt przebiegł zgodnie z planem.
Czekała jeszcze przez chwilę, patrząc na Macmillana, jakby ten miał zaraz oznajmić jej, że jednak doszło do drobnego wypadku, coś wypuścili albo naładowali czarnoksiężnika nową mocą. Ale w końcu rozluźniła napięte mięśnie i schowała różdżkę do kieszeni.
– Patrick, czaszka wraca do Biura Aurorów? – zapytała w końcu. – Dziękuję wam wszystkim za pomoc – dodała. Z pewną ulgą. Przynajmniej zdołali uwolnić uwięzionych i oni mogli wracać do siebie, a ona… wziąć się za kolejny raport, który dołączy do akt sprawy.
Zresztą o ile jako dziecko w Hogwarcie traktowała obecność tych duchów jako coś naturalnego, tak teraz, jak dorosła, uważała, że nie powinno ich tam być.
W ogóle nie powinny pozostawać wśród żywych.
Brenna ściskała palce mocno na powierzchni różdżki, w napięciu obserwując, jak materializują się kolejne dusze, a wspólna moc Jamila i Sebastiana otwiera im drogę do Limbo. Serce podchodziło jej do gardła, bo widywała duchy, widywała umarłych, patrzyła w ich wspomnienia… ale chyba nigdy dotąd nie była tak… blisko. Blisko drugiej strony. Podobno Trelawneyowie mieli specjalne związki z Limbo, i teraz spojrzała na Sebastiana jakby z pewną podejrzliwością, zaraz jednak jej spojrzenie skupiło się na sylwetkach, najpierw pojawiających się, potem znikających.
W niebycie?
Po drugiej stronie?
Żałowała, że tylko tyle mogą dla nich zrobić. Otworzyć im drogę. I spróbować ukarać tego, który odebrał im życie.
Tkwiła w niemalże bezruchu, póki wszystko się nie zakończyło. A potem, kiedy światła wygasły, gdy czaszka przestała błyszczeć, a zmęczony Jamil po prostu ułożył się na podłodze, spojrzała z pewnym zdziwieniem najpierw na spirytystów, a potem na Patricka.
– To wszystko? – spytała. Zabrzmiało to prawie, jakby była rozczarowana, więc szybko uzupełniła. – To znaczy, po prostu mi ciężko uwierzyć, że chociaż raz wszystko obyło się bez kłopotów. Wiecie? Byłam praktycznie pewna, że jeden z tych duchów nam zwieje. Spróbuje któreś z nas opętać. Albo nie wiem, zacznie nawiedzać kafeterię – wyjaśniła i odetchnęła. To wszystko nie było powodem do żartów i teraz jej gadanie nie wynikało tak naprawdę z chęci obrócenia wszystkiego w dowcip, a po prostu nerwowości.
Nie pamiętała, kiedy się jej zdarzyło, że każdy aspekt przebiegł zgodnie z planem.
Czekała jeszcze przez chwilę, patrząc na Macmillana, jakby ten miał zaraz oznajmić jej, że jednak doszło do drobnego wypadku, coś wypuścili albo naładowali czarnoksiężnika nową mocą. Ale w końcu rozluźniła napięte mięśnie i schowała różdżkę do kieszeni.
– Patrick, czaszka wraca do Biura Aurorów? – zapytała w końcu. – Dziękuję wam wszystkim za pomoc – dodała. Z pewną ulgą. Przynajmniej zdołali uwolnić uwięzionych i oni mogli wracać do siebie, a ona… wziąć się za kolejny raport, który dołączy do akt sprawy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.