Ludzie byli różni. Czego spodziewać się po Kaydenie Delacour? Że będzie wredny? Pokaże swoje kolorki, zemści się za te "małe" psikusy, za jakie Laurent się zebrał? Teraz pokazał się z miłej strony, zachowując spotkanie dla siebie. Zachowując anonimowość. Wiara w jego dobre intencje była doceniona, ale na pewno nie wierzył, że to był wielki gest. Taki wielki, że bezinteresowny. Oj nie. Interesowność leżała w ludzkiej naturze i zostało to wyryte w kodeksie życia Laurenta. Tym nie mniej - docenił. A to, że w ogóle takie słowa się pojawiły, pomogło Laurentowi stanąć na nogi jeszcze mocniej i pewniej. Przywracało go to do świata żywych z tej absurdalnego zamyślenia, z którego szukał ucieczki w tym miejscu. Oto się znalazło. Anabelle nie mogła tego dokonać sama, więc zabrała go tam, gdzie jego skupienie, jego oczy, rzeczywiście nabrały barw. Strzeliła w dziesiątkę, bystra kobieta.
Laurent skinął paniom głową, ale nie był nimi zainteresowany. Nie były w jego typie, choć to nie o urodę chodziło. O charakter. Pierwsze słowa, pierwsze gesty - nie, to nie towarzystwo na dziś. Nie to bliskie, w każdym razie. Może wręcz towarzystwo na "nigdy". Byli tutaj już troszkę wstawieni. Nie pijani, na szczęście, ale wstawieni. Tylko Kayden wyglądał całkowicie normalnie, jakby wypił jedno wielkie nic. Było to trochę... niepokojące. Nie dlatego, że Laurent planował cokolwiek z pijanymi ludźmi i że mógł zostać przyłapany - choć i takie zwyrole się trafiały. Nie. Zwyczajnie chyba nie ustępował towarzystu w drinkach. Albo po prostu tak dobrze skrywał to pijaństwo. Przecież wiedział o tym człowieku tyle, co nic. Anabelle chciała już otworzyć usteczka i zapytać Laurenta, jak się poznali, ale kiedy się obróciła do blondyna ten tylko pokręcił głową na znak, żeby nie pytała. I nie zapytała. Przeszła dalej z uśmiechem do tematów.
- Wyzłośliwiasz się? - Zapytała za to, apropo tematu piosenkarki i jej piosenek. Podłapała to, co powiedział Kayden.
- Wyzłośliwiam? Nie. - Zaprzeczył gładko. - Pytam jedynie, czy doceniane jest piękno ciała, czy może piękno muzyki, głosu. Czy to sztuka artystki, czy może sztuka występu wiedzie tu prym? - Ujął już to o wiele ładniej i o wiele grzeczniej, bez tego wcześniejszego, bardzo krótkiego roztargnienia. Zajęło mu chwilę obudzenie się i otrząśnięcie. Teraz można było tańczyć na tym parkiecie zwanym rozmową. - Widzisz? Kayden doskonale rozumie. - Wskazał dłonią na stalowookiego, dając tym samym też do zrozumienia, że się z nim zgadza. Tak, była piękna i ładnie śpiewała. Ale ja śpiewam lepiej. Jeśli czegoś Laurent był pewien w swoim życiu to tego, że nie było takich czarodziejów, którzy mieliby lepszy głos od niego. Taki był butny. I jednocześnie wcale się tym nie chwalił.
Alkohol został wzniesiony, drinki wychylone, a chociaż Anabelle prowadziła dłonie Laurenta tam, gdzie jej pasowało, chociaż skradała chwilami jego uwagę, to wzrok Laurenta przez dłuższą chwilę tkwił w nieznajomym towarzyszu Kaydena... a potem utknął w Kaydenie.
Kaydenie, który brzmiał, jakby wypowiadał wojnę.
Wojnę bardzo niebezpieczną, bo wszystko, co równało się zainteresowaniom innym niż te "przewidziane przez reguły społeczne" było... złe. Linczowane w większości. A Laurent nie miał pojęcia w jakim towarzystwie przebywa. Czy to była celowa próba licznu? Celowa próba piętnowania? Anabelle zrobiła trochę dziwną minę, zbita z tropu. Bo faktycznie, przypatrywał się długo barowi. Ale nie wpadło jej do głowy, że BARMANOWI. Przez moment nawet myślała, że chodzi o jej dłonie, skoro niosły drinki. Ale nie.
- Hmm... co prawda byłem bardziej zajęty rachunkami w mojej głowie, ale z pewnością barman zręcznie sobie radził z klientelą. - Odpowiedział za to gładko Laurent, delikatnie się przy tym uśmiechając.
- Mówiłam, że mnie nie słuchałeś. - Dziewczyna szepnęła to prawie w jego usta, obracając się do niego. Laurent uśmiechnął się przepraszająco i złączył ich wargi w pocałunku.
Ale oczy miał na Kaydenie.