Przecież przysięgał... Przysięgał przed samym sobą, że nigdy nie stoczy się na samo dno. Że będzie płynął przez życie, niezależnie od tego, jak daleki wydawał się ląd. Niezależnie od tego, jak go będzie kusić, żeby przegnać nudę fałszywymi kolorami. To ponure spojrzenie, które posyłał w barwy świata... szukało farb. Teraz je widział, zobaczył, ale widzieć nie chciał. Nie chciał tych barw, które go zalały. Nie chciał, żeby go splamiły. Ta wolność nie była jego, a jednocześnie wyciągała ku niemu dłoń. Czy miał siłę, żeby ją odtrącić? Czy w ogóle chciał? Co szeptało mu serce...? Nie chciał go słuchać, bo biło tak mocno, że zagłuszało myśli. Nic, co zamraczało umysł, było dobre. Narkotyk, trucizna, choroba... To wszystko miało swoje negatywne skutki. Wszystko było odurzające.
Tylko że... tak piękne było to morze, że nie sposób odwrócić wzroku. To nie mogła być trucizna... Te oczy nie mogły należeć do mężczyzny, to nie było możliwe. Albo przesadnie je ubarwił w przypływie chwili. Wydawało mu się... To była tylko fantazja. Ciekawość, która ze światem rzeczywistym nie miała nic wspólnego. Nie łączyła się. Nie miała prawa istnieć. To tylko jego wyobraźnia. Przecież całował kogoś innego, dotykał inne ciało... ale patrzył, a wzrok miał zbyt dobry, żeby go oszukał. Umysł zbyt trzeźwy, żeby się pomylił. Podobało mu się to. Czy przyzna to przed samym sobą? Pragnął tego. Ale tylko do rozwiania nudy? Kochał tą nieznaną słodycz. Brednie.
Nerwowy był. Spięty. Stał jak posąg, tylko ręce mu drżały. Nie widział ludzi, przechodzących ulicą. Kobiet ubranych w piękne suknie. Blasku latarni... Chciał się przed tą latarnią usunąć w cień. Zbyt jaskrawa. Zaglądała mu do głowy, rozjaśniała jego sekrety, a on wcale ich odkryć nie chciał. Wolał mrok. Umknął więc w cienie, w czerń nocy, między budynki. Usta, które zżerało pragnienie, zatopił w dymie. Wypełnił je nim. Wdychał, błagając o ugaszenie ognia. Srebro wbił w ziemię jak miecz na poligonie. Walka jednak wciąż trwała. W jego umyśle, który błąkał się, jak jakieś dzikie zwierzę, szukając punktu zaczepienia. Oczy przeskoczyły na ulicę, na ludzi, na to światło, przed którym uciekł i znów zaczepiły się jak o hak wędki. Znalazł punkt zaczepienia... ale nie w tym, czym chciał.
Dlaczego tu jesteś...? Chciał zapytać, ale wargi miał zadymione, jakby miało go to uratować od tęsknoty. Zmusił się do spokoju, bo tylko on mu został. Odwrócił wzrok i morskich oczu unikał jak zarazy. Z trudem. Z obojętnością na twarzy, ale srebrem pochłoniętym przez węgiel. Roznieć go. Nie... Teraz!
Milczał, bo najzwyczajniej w świecie... pierwszy raz myśli pozbierać nie potrafił.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)