Ach, więc to tak... Unikanie spojrzenia i nerwy, stres. Poczucie winy, że poczuło się coś do... do mężczyzny. To nie po Bożemu. Widziałeś już takich nie raz. Było ich więcej, niż chcieli się przyznawać. Zaciekle wojujący z takim "spaczeniem", nienaturalnością, jak to lubili mówić. A było na to jeszcze więcej oświadczeń płynących z ich ust. Potem przychodzili, żeby złapać za włosy i zaznać tej samej grzesznej przyjemności, którą tak potępiali. Byli też ci, których zwiodło morze, wyruszyli w rejs, a potem czuli się winni, że dali się pojmać syreniemu śpiewowi. I każdy z nich mógł winić tylko siebie, ale byli pierwsi do obwiniania takich, jak ty. Bo kusili. Jak kobiety, które ubrały odważniejszą suknię i były klepane po tyłku, tak? Oczywiście - nie publicznie. Bo przecież żaden dżentelmen by tak nie postąpił... Ludzie grali wspaniałych, wyrachowanych, grali mądrych i grali grzecznych. Wystarczyło zasłonić okno kuchenne, żeby koszmar codzienności się rozpoczął.
Spojrzałeś wokół, na ulicę, ale nikt nie był zainteresowany dwójką mężczyzn stojących w cieniu latarni. Mrok zawsze był najgłębszy tam, gdzie zanikało światło. Mogliby jednak ją zgasić - tę laterenkę. Jestem pewien, że każdemu wyszłoby to na zdrowie. Wyciągnął rękę, w swoich wolnych i miarowych krokach, żeby zbliżyć się do przystojnego czarodzieja, który chciał uchronić się przed syrenim urokiem umykając spojrzeniem. Muzyka prawie sama spływała z gardła, tylko odrobina poczucia winy zapikała na poziomie serca, chcąc przez momencik zawalczyć z tym, czego pragnęło. Wyglądał jak król tych uliczek - pan Kayden Delacour. Ojciec Chrzestny Mroku, który denerwował się tylko wtedy, gdy coś wymykało się jego schematom i starannie ułożonym planom. Między zimnymi kamieniczkami i dymem z kominów widać było tylko jego oczy. I chciałeś, żeby te oczy szukały teraz ciebie - nie przed tobą umykały. Oparłeś delikatnie rękę na jego plecach, żeby poprowadzić go kilka kroków w przód. Albo i na bok. Bliżej ściany. Bliżej cieni. Gdzie sylwetki były tylko sylwetkami, nie interesujący nikogo.
- Przecież tego chcesz. - Szepnął anielski głos. Nie chciał? Na pewno chciał. Bo Laurent chciał posmakować jego ust z siwego dymu, posmaku popiołu i słodkiego alkoholu. Ujął jego wolną dłoń, by poprowadzić do swojej twarzy zachęcająco. By się w nią wtulić. By przekonać się, czy jest tak miękka, jak sobie to wyobrażał.