Nie? Dłoń wysunęła się z dłoni i pozostawiła takie maluteńkie zdziwienie. Malutkie ukłucie. Ta stal przecież właśnie tak wyglądała, prawda? Jakby niełatwo było ją namówić. Jakby niełatwo było ją prosić... o cokolwiek. I jednocześnie przecież płonęła, przecież pragnęła. Widziałeś to. To nie był tylko twój wytwór umysłu, chociaż idąc za nim właśnie o tym myślałeś. Serce biło mocno nie tylko z pragnienia - z niepewności. Z wątpliwości. Z niecierpliwości łączącej się ze świadomością, że to jest niemoralne i to jest niepoprawne. Niemoralne - bo tak powiedzieli ci... nie wiem, chyba mądrzejsi od ciebie? Od was? Od przeciętnego człowieka, który kierował się sercem. Albo udami. Przecież daleko ci było do zakochiwania się - a więc i do bycia kochanym.
Zsunął oczy z jego oczu, utknął nimi na poziomie jego szyi, jego obojczyka, po którym chciał przesunąć palcami. Zamiast tego swoje palce cofnął, zgiął. Schował w drugiej dłoni, jakby to miało jakkolwiek poprawić sytuację. Straszne. Strasznie nie lubił tego momentu i przerażał go swoimi konsekwencjami. Tak jak większość pobudek przy osobie, która jest ci całkowicie obca, albo spotkanie się z nią na ulicy, kiedy wymknął się ciemną nocą. Właśnie - jak złodziej. Niecny złodziejaszek, który ze swoim cwaniaczkim uśmieszkiem przyszedł namieszać w czyimś życiu. Przecież ile z tych mężczyzn nosiło złotą obrączkę na palcu serdecznym. Czasem się nie mylili. Bo przecież, skoro ich bolało, to przecież jego też mogło, prawda? A wtedy stawał się zły, tak bardzo rozgoryczony...
Nie złagodniało. Laurent odsunął się o krok, starając się zachować swoją godność i przywdział na twarz ten sam miły uśmiech, który nosił tamtego dnia przy wozie, gdy w końcu podniósł niebieskie oczy na dwa księżyce, które dzisiejszego dnia chociaż przez chwilę łaskawie na niego spoglądały i tak płonęły... ale jednak nie dla niego. Jednak się mylił. To była łaska spowodowana kobiecymi ustami, jednak złe kalkulacje. Jak miło, że zachował tyle taktu i szacunku, by ograniczyć się do tak prostej reakcji. Doceniałeś, naprawdę. Mógłbyś też docenić o wiele więcej. Kąpać się w srebrzystym blasku tych spojrzeń... ach, trudno. Choć przez chwilę czułeś życie w płucach, swoje serce i oddech. Wyrwanie się z koszmaru dnia - i wystarczy. Przecież ludzie wokół powtarzali, że cieszyć się należy też z tych małych rzeczy. Większość jednak mówiła, że trzeba brać to, czego się chce. Ale to byli czystokrwiści. Nie on.
Nie chciał tkwić w tej niezręczności i nie chciał silić się na wielką odpowiedź, która pozwoliłaby zachować jakąś godność dla samego siebie. Godne wystarczająco było przyjąć tą odmowę z klasą. Tak zamierzał zrobić. Więc zrobił jeszcze jeden krok w tył, drugi... i obrócił się, żeby ulotnić się z tego klubu. Z tego spotkania.