Martin cieszył się, że mogą skupić się na spacerze i rozmowie na neutralny temat. Był jak dziki pies pierwszy raz zabrany na porządny spacer. Chciał dobrze wypaść, ale nie miał dużego pojęcia o tym, jak takie spotkanie powinno wyglądać. Czytał trochę, obserwował ludzi, ale nauka z doświadczenia zawsze wnosiła najwięcej.
Kiwał głową poznając nowe fakty. Pentaxy, Contaxy, Pentacony... Czy w tej branży nie mieli pomysłów na bardziej różnorodne nazwy?
Aparaty żywcem wzięte od mugoli... Może dlatego niektórzy czarodzieje tak bardzo trzymali się tradycyjnego malarstwa i do rodzinnego portretu woleli zatrudnić artystę malarza a nie fotografa? A może jednak nie był to tak znany fakt?
— Dlaczego? — Spytał po wspomnieniu Leicy. Było go stać na droższy model. Chociaż nawet nie wiedział w jakim przedziale cenowym znajdują się aparaty. Na wszelki wypadek wypełnił swoją sakiewkę galeonami po brzegi.
Po wejściu do sklepu zastał go ciekawy widok. Jeden z aparatów podleciał do nich i pstryknął im zdjęcie z bardzo nieprzyjemnym błyskiem, po czym wypluł odbitkę, z której pobłyskiwał złoty napis "Fotografuję i podpisuję - kup mnie!". Martin dostrzegł też dużą tablicę z wypisanymi dodatkowymi usługami. Można było wykupić wodoodporność, wzmocnienie obudowy, śledzenie sąsiada, niewidzialność, odporność na przejęcie przez poltergeista i wiele więcej.
— Nie wiem, od czego zacząć... — przyznał. Może i nie było tu wiele modeli do wyboru, ale podjęcie jakiejkolwiek decyzji stanowiło trudność dla kompletnie nieobeznanego w temacie czarodzieja.
Pracownik sklepu podreptał do nich pytając, w czym może pomóc.
— Dziękuję, poradzę sobie. Mam ze sobą eksperta... — odpowiedział, ale spojrzał pytająco na Daisy. Może ona chciała się skonsultować z wąsatym sprzedawcą.