Nie miał dobrego nastroju. Zajmował się więc pracą, bo w pracy myślało się o... pracy. O wszystkich obowiązkach i zadaniach, jakie miałeś do wykonania. Nie było czasu ani miejsca na nic innego. Kiedy tylko zwalniał albo się zatrzymywał, wszystko wracało. Znowu zaczynało zaprzątać jego głowę, lekko kuło. Kiedy zaczynało Laurent zazwyczaj musiał to z siebie wyrzucić. I za każdym razem nie wiedział jak i gdzie. Powinien być mądrzejszy i w pełni zaufać ciotce. Dopuścił się już przy niej tylu głupot, że jego... upodobania chyba nie byłyby dla niej wielkim szokiem. Tylko po co ryzykować? Przecież ten wstyd potrafił wbić się tak głęboko, ze gdyby był igłami wbijanymi do oczodołów to dotarłby do samych stóp. Trzęsło nim, kiedy myślał, że miałby o tym powiedzieć na głos. Zawrzeć normalną relację, która zawierałaby w sobie jeszcze bardziej rozmowy na tematy intymne i bardzo prywatne.
Był zmęczony. Bo jeśli zatrzymanie się sprawiało, że znowu zaczynał czuć ból i ciężar w sercu to znaczy, że zatrzymywać się nie mógł. Oznaczało to też tyle, że sen był jednym z najbardziej przykrych doświadczeń. Wtedy cichła ziemia, cichł świat. Tylko morze szumiało, wiatr grał w listowiu. Czasem nocne stworzenia odezwały się, wkradały dźwiękami do jego sypialni. Lecz świat był cichy. Gasło światło. Nastawała ciemność. Pochłaniała go i przywodziła obrazy przed oczy. Niewiele tutaj próbowało, choć fantazje wodziły jego dłońmi po własnym ciele w tej pustej sypialni, ale w końcu ciało się rozprężało. I cóż? Znów pozostawał chłód nocy i jej pustka. Ona i te wariujące i dobijające myśli. Starał się sobie powtarzać, że przesadza, że nie ma się czym przejmować, nie ma nad czym rozpaczać ani czego przeżywać. Tak, starał. Starania te nie przynosiły odpowiednich skutków.
Nie spodziewał się gości tego dnia, albo inaczej - spodziewał, ale nie TAKICH. Prawo równych i równiejszych obowiązywało w tym świecie od lat, kim był Laurent, żeby je przerwać? Biznesmenem, a ci kierowali się w końcu atrybutami walczącymi o uznanie i dochód, nie o prawa równości. Nie to, żeby nie przechodziło to blondynowi przez głowę. Ale następnie myślał o wszystkich tych pełnych wzgardy spojrzeniach i jakoś magicznie myśli mogły zostać wyrzucone do kosza. Myśli o tym, żeby naprawdę próbować świat zmieniać. Florence mu jednak powiedziała kiedyś, że zmieniał go na tyle, na ile potrafił. Przecież New Forest nie było NICZYM.
Cienie dwóch abraksanów przecięło niebo, kiedy dwójka dzielnych podróżników przeszła kolejne połacie zielonej, późno wiosennej trawy. Wzleciały nad lasem prawie muskając swoimi kopytami korony drzew po czym zawróciły i wylądowały na polane przed stajnią częściowo przytuloną do drzew. Miały swoich jeźdźców, którzy właśnie zsiadali z koni. Jakże znajomy widok - rodzic z dzieckiem, ojciec z córką. Znajomy - bo rodzinna wycieczka tych, którzy mogli sobie na to pozwolić. Stajenny od razu do nich podbiegł i złapał lejce abraksanów, by te stały spokojnie i pomógł panience zejść z siodła wielkiego stworzenia. Z tej perspektywy można było obmieść wzrokiem prawie wszystkie budynki, jakie tu powstały, włącznie z najbardziej oddalonym domem mieszkalnym Prewetta. Tego samego, który właśnie podszedł do rozmawiajacej dwójki jeźdźców, kiedy stajenny odprowadzał abraksany, by z nimi porozmawiać. Choć konkretniej - z mężczyzną.
- ... wątpliwości, kiedy usłyszałem, że Edward ma konkurencje. - Wąsaty mężczyzna, na pierwszy rzut oka czarodziej czystej krwi, obrzucił Laurenta ciekawskim spojrzeniem błyszczących z zaintrygowania oczu. - Ma Pan wyjątkowe szczęście do lokalizacji. Hmph... - Mężczyzna rozejrzał się.
- To prawda, miałem dużo szczęścia. - Lauren uśmiechał się niezmiennie do mężczyzny, bo i przecież taka była jego rola. Niezależnie od tego, co ten powie. Nasz klient - nasz pan.
- Ale do koni może się pan jeszcze przyłożyć. Trochę im brakuje... czystości. - Machnął lekko dłonią jakby coś odganiał, a córka dodatkowo uwiesiła się jego boku z "taatooo proszęęę", na co on westchnął teatralnie. - Wpisz mnie w kalendarz, wrócimy z córką za tydzień. Idziemy się przebrać. - Wziął dłonią córkę i poprowadził ją w kierunku przebieralni po rzeczy. Lauren odprowadził ich uśmiechem. I by go utrzymał, ale wtedy zobaczył... no kogoś, kogo zobaczyć się nie spodziewał.
To był moment, kiedy zdziwienie i niepokój pokazały się na jego twarzy, niepewność, zanim ta znów zamieniła się w dokładnie tę samą maskę sympatii i uprzejmości.
- Państwo Delacour, jak mi miło. - Przywitał się swoim słodkim głosem, otwierając ręce. Ubrany w lnianą, zwiewną koszulę i lniane spodnie - brakowało tylko skrzydeł do obrazu anioła stąpającego po tym łez padole. Wyszedł im naprzeciwko. Choć bardzo chciał powiedzieć, że dzisiaj nie ma czasu. - Czy mogę służyć?