Gdzie uciec myślami, kiedy wszystko sprawia ból? Gdzie się schować? Gdzie odpocząć? Każdy zakamarek głowy wypełniony po brzegi wątpliwościami, strachem, niepokojem, goryczą i wszystkim tym, co w nocy spędza sen z powiek. Próbujesz się odprężyć, odpocząć, dać organizmowi chwilę na spoczynek, ale w głowie ci huczy, szepty znikąd nie dają spokoju, maltretują godzina po godzinie, a ty nie potrafisz odpłynąć i zniknąć, chociaż na chwilę z tego świata. Zaznać tej ulgi nieistnienia duszą, bo ciało wciąż oddycha, choć świadomość odsuwa się w słodkie zapomnienie. W końcu widzisz za oknem świt, słyszysz ćwierkanie ptaków, szum miasta, rozmowy i wiatr, buszujący wśród drzew... a ty? Ciebie nic nie ukoiło. Ani sen, ani cisza. Ta przerażająca, pusta cisza. Pustka w oczach, które zamykają się same z braku snu, a które zostać w tym stanie nie potrafią. Czy istnieje gdzieś miejsce, gdzie cisza nie jest taka irytująca? Gdzie się schować, żeby poczuć ulgę? Wystarczyło się zachlać, żeby stracić świadomość, ale jemu to nie pomagało. Do tej pory uciekał w ramiona kobiet. Teraz jedyne co przy nich czuł, to niechęć do samego siebie. Na cóż mu było rozgrzane ciało, skoro i tak szybko stygło, jak węgle zgaszone wiadrem wody... Może to przejdzie? Może zapomni? Może powinien się skupić na czymś innym... Czarno mu było na duszy, czarno na sercu, a milczenie stawało się powoli słowem świętym, bo sekrety zatrzymywało dla siebie. Tak było lepiej, bo w zgodzie z tym, co mówili inni. Jeśli masz się ośmieszyć, to lepiej milcz.
Zastanawiał się, jak inni ludzie dawali sobie z tym radę. Jak opanowali tę sztukę niemyślenia? Wstawali rześcy, wypoczęci, zadowoleni... Gdzie tkwił szkopuł? Jaki to sekret poznali, którego on poznać nie mógł? Gdzie szukać? Może po prostu za dużo myślał... może w ich wypadku, otępienie było tym błogosławieństwem. Samoświadomość ludzi inteligentnych dobijała. Kiedy nie myślałeś, po prostu żyłeś teraźniejszością. Głupcy mieli więc ten sekret wbity głęboko w siebie... Umiejętność wrodzona.
Srebrne ślepia wystrzeliły w górę, kiedy tylko dostrzegł ruch nad ich głowami. Abraksany. Zmarszczył brwi, śledząc wzrokiem przelatujące im nad głowami stworzenia. Znów go dopadł podziw do tych skrzydeł, do widoku gnających po niebie koni. Dopiero po niecałej minucie dotarło do niego, na co patrzy i spojrzał na rodzicielkę. - Abraksany? Mówiłaś, że idziemy zobaczyć konie. - Powiedział, trochę z wyrzutem, bo jednak konie, a latające konie to była dość spora różnica. Głównie w inteligencji, choć te zwykłe także były piekielnie mądre. Nie zmieniło to faktu, że podświadomie poczuł lekki niepokój na tę nowinę. - Tak mówiłam? - Zapytała Abeille z szerokim uśmiechem, głaskając pieska po pyszczku. - Hmm... Może... Czy to robi jakąś różnicę? - Kayden syknął cicho z frustracji, odwracając głowę w bok i spoglądając na drzewa. Czy wspominałam już, że Kayden nie lubi niespodzianek? Nie? No, to teraz wiadomo dlaczego... To chyba jakieś jaja są... Albo okrutny żart z góry, tych, którzy lubili patrzeć na ludzkie zmagania i walkę z samym sobą. Ile razy jeszcze się na niego przypadkiem natknie? To jakaś kara? Za co, do jasnej cholery?
Na jego widok wszytko powróciło, jakby go ktoś biczem trzasnął po twarzy. Te płonące spojrzenie w klubie, te morskie oczy, ten fantomowy dotyk na jego dłoni... Echo nieznanego żaru, które go dopadło przed paroma dniami, odbiło się od niego jak od kamiennej ściany. Zdziwienie, którego nie udało mu się ukryć, szybko zniknęło, zastąpione przez neutralną maskę spokoju. Widać jednak było, że wcale nie planował tego spotkania. Zdradzieckie serce przestało na chwilę bić, oddech zamarł... a potem na powrót powrócił, pozostawiając po sobie ślad czegoś, czego nie potrafił nawet nazwać...
Matka Kaydena rozpromieniła się na widok blondyna, obdarzając go szczerym uśmiechem. Piesek w jej dłoniach wystawiał pyszczek, żeby obniuchać nieznajomego, a ogon majtał mu radośnie na prawo i lewo. - Dzień dobry, panie Prevett. Piękna pogoda na spacer, prawda? - Przywitała się uprzejmie kobieta. - Korzystając ze słońca, postanowiliśmy odwiedzić pański rezerwat, żeby zobaczyć piękno pańskich stworzeń. Jeśli to oczywiście nie problem... Byłabym dozgonnie wdzięczna, jeśli udałoby mi się uchwycić ich zjawiskowość na płótnie. Chciałabym pokazać ludziom, jak niezwykły jest pański rezerwat. - Kayden zerknął na nią z ukosa. Ah, no tak... który biznesmen oparłby się rozgłosowi? Szczególnie, że jej obrazy olejne były dość popularne i zachwycały techniką, w jakiej tworzyła. Kayden walczył ze sobą przez chwilę, jakby chciał jednak coś powiedzieć, coś zagadać, żeby jednak nie milczeć jak jakiś palant... ale jakoś zabrakło mu słów. Jemu... Zabrakło słów. Miał ochotę wydłubać sobie oczy.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)