Tak. Nie znał Księcia Cichych Alejek, którego osnuwał tytoniowy dym. Nie znał go, a chciał wtedy poznać. Chciał poznać jego ciało i udowodnić mu, że to jego będzie do niego doskonale dopasowane. Chciał nauczyć się każdej jego kości, którą wyczułby przez skórę i każdego mięśnia, które napinałyby się w rozkoszy. Chciał nauczyć się każdego jego westchnienia. Wszystko to przez jedną noc. Jedną krótką, ale jakże ciepłą noc. Nie znał go, a był pewien, że jego matka jest jego przeciwieństwem. Królowa Poranka. To nie księżyc zdobił jej lico, jak lico jej syna - to słońce. Była otwarta, ciepła, stonowana i na Laurencie sprawiła wrażenie osoby mądrej. Pełnej pasji, kreatywnej i mądrej. A to były bardzo dobre cechy. Traktowała go z szacunkiem - a już sam ten fakt sprawił, że zamieniła okropny ciężar tego dnia, jakim zafundowała mu tę niespodziewaną wizytę z jeszcze bardziej niespodziewanym gościem w całkiem przyjemny. Lubił ludzi, którzy szanowali jego, jego zwierzęta i czas. A takich było... zbyt mało. Dlatego poogrzewał się chwilę w jej blasku, nawet jeśli nie były to chwile bardzo długie.
Unikał kontaktu wzrokowego, choć teraz... teraz spojrzał w jego oczy. Ciągle przymykane i dlatego, że skupiał wzrok gdzie indziej. Te piękne, jasne oczy. Ciekawe, jak dużo było w nich plamek..? Czy to był czar jasnych przebarwień, czy może gra ciemniejszych rysów na księżycowej tęczówce..? Jak namalowałaby go ta kobieta, która teraz mogła namalować, jego zdaniem, najpiękniejszego abraksana - bo Michaela. Michaela, który zresztą sam pilnował całej reszty gromady, będąc ich przewodnikiem. I chociaż potrafił się w jednej chwili tego człowieka wystraszyć, żeby w drugiej mieć ochotę na psotę i zastanowić się, czego się w ogóle bał, tak teraz miał właśnie ten moment - moment czego tu się bać. Pełna radości i życia psina bardzo chciała pobiegać i się pobawić, domagała się ruchu, przecież tu tyle ciekawych rzeczy..! A tu co? Trzymany w niewoli, na pańskich rękach..!
Laurent nie wytrzymał i najpierw cicho prychnął, starając się jeszcze opanować, przykładając palce do ust, a potem po prostu szczerze się zaśmiał, mając tę scenę przed oczami.
- To nie padaczka. To miłość. - Poprawił mężczyznę. Choć jak go poprawił i dotarło do niego wypowiedziane słowo klucz to już mu uśmiechnięte wargi zadrżały, wzrok spuścił, ale wyciągnął dłonie po psa. - Daj mi go, proszę. - Rozumiał, jeśli nie miał zamiaru tego robić... ale jeśli go oddał to Laurent z miłością uśmiechnął się do psiaka, przygarniając go w ramiona. - Chciałbyś się pobawić, prawda? - Zwrócił się do niego jak do człowieka, kiedy kulka skoczyła mu do twarzy. Ale złapał jej psyk i usadził w swoich ramionach. - Nie wolno. Nie wolno. - Powtórzył kilka razy, choć utrzymanie tej energii w tym małym ciałku... oj nie, to nie było możliwe. Potrzebował ruchu, a trzymanie go tak siłą niczemu zdrowemu nie służy. - NIE. - Powiedział tak dosadnie i ostro, że wręcz zupełnie to do niego nie pasowało. Psina wydała z siebie smutny odgłos i położyła po sobie uszy. - Na wszystko jest czas, Charlie. Musisz chwilę wytrzymać. - Laurent podniósł wzrok na Kaydena, ale zatrzymał swoje spojrzenie na poziomie jego ramion, może trochę szyi. - To żaden problem. Charliemu przyda się odrobina ruchu, a tutaj puścić go nie mogę. Jeśli jednak wolisz pozostać z panią Delacour w pełni rozumiem. Nie będę się narzucał. - Gotów był oddać chwilowo smutnego psiaka, który baardzo delikatnie i nieśmiało teraz podlizywał dłoń Laurenta.