To była kwestia czasu, zanim ta kulka rozkręci się na nowo. Na razie to było standardowe studiowanie sił, tego, na co sobie może pozwolić i na pewno nie nowego spotkania się ze słowem "NIE", bo ewidentnie ktoś jednak starał się tego psa przy dyscyplinie uchować, ale był nieułożony. Rozpieszczony. Laurent nazywał tego typu psy rozpieszczonymi. To nie była ich wina, że nie potrafiły słuchać, jak z dzieciakami - należało odpowiednio do nich podchodzić i od początku uczyć, co im wolno, a czego nie wolno. Uważał, że ludzie robili krzywdę psom, nie tresując ich odpowiednio. I sobie też. Bo potem co jeden się denerwował na biednego zwierzaka, który tych nerwów nie rozumiał i chciał tylko pokazać swoją miłość. Jak ta kulka teraz wobec Kaydena, która chciała jego uwagi. Laurent ofiarował swoją dłoń psiakowi, pozwalając mu na podgryzanie jego palca i wąchanie z ciekawością.
- Nie oferowałbym jej żadnego innego abraksana. - Co prawda Laurent się uśmiechnął, ale i spojrzał na Kaydena z jakąś taką odrobiną... prawie, jakby się poczuł delikatnie urażony, że w ogóle mógłby paść tu inny pomysł czy inna propozycja! Aczkolwiek było to też powiedziane trochę przez śmiech. Nie wybrzmiał on, ale delikatny żart był również wyczuwalny w tym zdaniu. Pół na pół. Uważny słuchacz i obserwator mógłby powiedzieć, że Laurent zrozumiał przekaz, ale i tak posmak pozostał. Tak było. Domyślał się, a przynajmniej tak zakładał, że Kayden nie miał tu niczego złego na myśli. Był dumny z Michaela. Był jego towarzyszem, powiernikiem, przyjacielem. Żeby wręcz czasem nie powiedzieć - współpracownikiem! Jak dzisiaj. - Och... haha niestety wyobrażam sobie majestatyczne pozy Michaela i nie wygląda to zbyt dumnie... - To, że Michael był bardziej dumnym stworzeniem niż większość czarodziei chyba od pierwszego spotkania nie pozostawiało wątpliwości. I był taki w zasadzie od zawsze. Co czyniło go bardzo, ale to BARDZO trudnym koniem do układania. Mówili, że szkoda na niego czasu. Że jest uparty, że niczego go nie nauczy. Jak można nie dać komuś szansy? Uparcie Laurenta wygrało z upartością Michaela. - Czemu nazywasz go padaczką? - Znowu go to trochę rozbawiło. Obrócił się od polany, by ruszyć wzdłuż stajni w kierunku morza. - Czy pani Delacour woli herbatę do pracy czy może wino? - Nie zamierzał przecież kobiety zostawić tutaj z niczym! A stwierdził, że skoro ma jej syna pod ręką to zapyta już jego, zamiast kłopotać damę.
Ruszyli przez miękką trawę w stronę posiadłości z drobną przerwą przy stajni, kiedy Laurent przywitał się z elegancko ubranym czarodziejem i zamienił z nich parę szybkich słów, a potem powierzył w ręce współpracownika. Kilka wymian słów z Aleksem, żeby wiedział, gdzie go szukać i instrukcje, CO JEŚLI KTOŚ PRZYJDZIE. Padło magiczne zdanie "Nie zawracaj mi głowy nieistotnymi gośćmi". W świecie czarodziei czystej krwi było oczywiste, kto jest NIEISTOTNY.
- Z "ręką do zwierząt" jest jak z "talentem do malowania". Można się z tym urodzić, ale tylko ciężka praca rodzi z tego efekty. - Wyjaśnił ze spokojem, chociaż normalnie irytowało go, jak ktoś używał tego stwierdzenia. Tak, jakby przyszło mu to z łatwością. I większość takich haseł go uczulała. Przez to, jak często słuchał chociażby komentarzy, że przecież jego rodzina miała pieniądze - na nic nie musiał pracować! Wszystko mu przyszło wręcz z łaski czystokrwistych. Ale Kayden ujął to w taki sposób, że sam się sobie zdziwił, że nic nie poczuł. Żadnego ukłucia, żadnego spięcia... to było przyjemne. Nie nowe, ale przyjemne - bo tak też się potrafił czuć, ale to przy osobach bliskich, które znał.
Laurent bardzo dobrze grał swoją rolę. Przywoływał uśmiech na zawołanie i nie sposób było powiedzieć, kiedy jest szczery a kiedy nie. Chyba że każdy z tych uśmiechów był szczery? Tylko pojawiał się tak szybko, na zawołanie. Nie było go, kiedy szli i pojawił się, kiedy tylko Laurent miał się z kim przywitać. I zniknął równie szybko, kiedy ta osoba poszła w swoją stronę. Miał płynne ruchy, ze spokojem, z łagodnością, ale i zdecydowaniem. Wiedział, co robi - takie sprawiał wrażenie. Bez zbędnego pierdoletto - a Anglicy zazwyczaj je uwielbiali.
I kiedy minęli stajnię Laurent w końcu podniósł powoli oczy, by napotkać tą wyszukującą jego spojrzenia stal. Dlaczego? Tutaj poczuł już delikatne rozdrażnienie. Czemu wydawał się szukać tego kontaktu wzrokowego? Ale skoro chciał - dał się złapać w srebrzystą, tkaną pajęczą przędzą sieć.
Tu-dum.