- Polubił cię. - Na moment Laurent ledwo co zmarszczył swoje brwi i jeden kącik ust wyciągnął łagodnie w górę, kiedy tak ocenił to "oczywiście". Które zabrzmiało dobrze. Na tyle, ze samego siebie upomniał za tę śmieszną reakcję, której w ogóle nie powinno być. A może powinno? Gdzie była granica między jakimś takim... dziwnym koleżeństwem, zwykłą znajomością (absolutnie niezwykłą) a formalnościami? Kayden pokazał, że życzył sobie ich ściągnięcie, więc blondyn chciał się do tego dopasować. W żadną stronę nie było źle, po prostu... cieszył się z tej drobnostki, którą było rozluźnienie standardów. Nawet mimo tego, że przecież bezpieczniej było nie przywiązywać się do osób, z którymi miało się taki nietypowy problem. Przestań być takim czarującym Problemem. - Szczęściarz. - Powiedział to żartem, ale uważał, że to był łut szczęścia. Bo jakoś nie wierzył, żeby ktoś czystej krwi pokłonił się od tak przed koniem. Za to jak potem ten koń pękał z dumy, jaki był zadowolony! I przede wszystkim uważał, że Kayden został wyróżniony - przynajmniej w jego oczach. Ufał Michaelowi. A Michael uznał, że z tych księżycowych ślepi dobrze patrzy. Dobrze? On jeszcze tego nie dostrzegł. Ale może... może mógłby..? Zobaczyć tam coś więcej poza tym zimnym, stalowym nie. Skinął głową z wdzięcznością. - Nie wątpię w to. - Tak, w to wierzył. Widział już w końcu prace jego matki.
- Ach tak? Rozrabiaka z ciebie, Charlie? - Znał się na zwierzętach, ale nie oznaczało to, że znał się na każdej rasie każdego zwierzaka, którego przed sobą miał! Fakt, że niektóre zwierzęta wymagały ze swojej natury więcej ruchu od innych - nie było w tym niczego złego, dopóki właściciel się na to godził i wiedział, na co się pisze. No i przede wszystkim potrafił psu to zapewnić. Tutaj niczego nie oceniał w tej kwestii. Psiak był pełen życia, wesoły, zadbany. Widać, że był otoczony miłością, a to sprawiało, że Laurent sam się z miłością do tego stworzenia uśmiechał, głaszcząc go, ale nie pacając, żeby go nie rozbawić, skoro grzecznie siedział na razie. Należała mu się potem nagroda.
Podobało mu się, jak Kayden wchodził w taki... filozoficzny ton? Zabawne - nie przyszedł tutaj filozofować, a wyglądał teraz jak grecki filozof wypuszczony na forum. Widział jak wznosi dłoń, jak słońce oblewa błogosławieństwem jego ciało, jak ginie w zagięciach białej szaty i jak odbija się w kolorowych kaflach mozaiki wielkiego forum. Najbardziej zabawne było to, że on wtedy nie wzrastał, nie. On gasł. Kayden samego siebie przyciszał, wyciszał, jakby obawiał się tego, że ktoś mu powie nie. Przestań pierdolić, Kayden, chodź się napić - mniej więcej jakby ktoś miał tak do niego powiedzieć. Było to o tyle oszałamiające, że jakoś kompletnie gryzło się to Laurentowi z jego posturą. Z tym, co sobą prezentował. Przecież Księżyc stworzono do rzeczy wielkich.
I znowu Laurent nie wytrzymał i się roześmiał, przymykając przy tym oczy.
- Hahaha... przepraszam, wybacz... Możesz się ośmielić, bardzo przyjemnie się słucha twoich twierdzeń. Nie ma powodu do stopowania się. Naprawdę. - Zachęcił mężczyznę, bo może tego mu brakowało? O zgrozo... Tak, ten dumny mężczyzna, który nie chciał pokazywać swojego strachu znowu pokazywał się z tak maksymalnie niepewnej strony, że Laurent, tak jak i wtedy na wozie, poczuł, że musi go zapewnić, że wszystko jest w porządku. Bo było. Naprawdę było. - Oczywiście, zgadzam się z tobą. Jednak tutaj pojawia się pewien element dodatkowy. Żeby dobrze tresować zwierzęta i je hodować potrzeba charakteru. A to już nie jest coś, co można w pełni wypracować. - Można się poprawiać, można się doskonalić, ale charakteru nie zmienisz. Nie jesteś w stanie się całkowicie przepoczwarzyć. Chyba że zmieni cię jakaś trauma, ale to nie o to chodziło. - Dziękuję więc. Bardzo trafiony komplement, bo prawdziwy. - Tak, słyszał go często, jak było mówione, ale płynące z tych słów, w takim wydaniu, naprawdę sprawił mu przyjemność.
Przez moment nastała cisza. Laurent otworzył furtkę między żywopłotem, który odgradzał dom od reszty świata. Celowo - żeby chociaż minimalnie oznaczyć zwierzętom teren, na który pchać się nie mogły pod groźbą rozzłoszczenia swojego pana. Pchały się i tak. Zagwizdał i nie trzeba było długo czekać, jak rozległo się głośne, dudniące szczeknięcie i wielki Jurczak przybiegł od strony morza i ogrodu, merdając swoim ogonem i skacząc wręcz w miejscu, jakby całe wieki Laurenta nie widział.
- Siad. - Wyciągnął dłoń do Jurczaka, do jego nosa, żeby mógł ją obwąchać i kucnął. Sprawdzał reakcje małego psiaka, ale ten był chętny do zabawy. I od razu się rozbudził na widok innego psa. Lauren posadził Charliego na ziemi, ale go nie puścił - przewalił go na grzbiet, a nawet nie musiał się z nim nadto siłować. - Leżeć. - Zwrócił się do Jurczaka, a ten się położył. Ale widać było na pysku psa pełne skupienie - na Charlim. Jakby ta bestia chciała to jedno kłapnięcie i Charlie by zniknął z tego świata. Pewnie nawet nie musiałby przegryzać. Jurczak przestał się ruszać, wręcz zamarł, obserwując zdumiewające mikro zjawisko, jakim hałaśliwy Charlie był. - Szczenię. Pilnuj. - Laurent za to uważnie obserwował Jurczaka i jego reakcję. Pstryknął palcami i Jurczak nawiązał z nim kontakt wzrokowy. - Pilnuj. - Różnica w tym, jak zwracał się do Charliego a jak zwracał się do własnego psa była diametralna. Krótkie, proste hasła. Komendy. Jurczak wydał z siebie coś, co chyba miało być szczeknięciem? Ale było tylko jakimś niedorobionym pomrukiem. Laurent puścił Charliego i przybliżył się do Jurczaka, żeby złapać go za obrożę. Nie mógł ich zostawić nie mając pewności, że to będzie dobra, psia znajomość. I że Jurczak naprawdę potraktuje tę małą Padaczkę jak szczenię. Ale zaraz puścił i wstał, cofając się o dwa kroki. Psy zaczęły swój rytuał zapoznawczy.
- Rozumiem, że jesteś ciekaw. - Przerwał ciszę, kiedy po paru minutach jasne było, że psy zaczną się bawić ze sobą. Spojrzał na Kaydena. Na jego przystojną twarz. Obrócił się, ale nie w kierunku domu tylko tak, by go minąć i wejść na ogród, gdzie na zadaszonym tarasie był widok na morze i plażę za wydmami. - Chcesz o tym porozmawiać? - Zapytał wprost. O tym, co wydarzyło się w klubie. Masz rację - nie byli w przedszkolu. Byli na to chyba już za starzy... prawda?