07.08.2023, 11:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2023, 11:29 przez Brenna Longbottom.)
Klubokawiarnia Nory stała na nieco innym poziomie. Czarodzieje (spoza Nokturna przynajmniej) mieli większe wymagania, by przebić się na Pokątnej potrzeba było jakości i Figg na pewno na takie stawiała. Tutaj ludzie przychodzili coś szybko, tanio przekąsić i napić się tej paskudnej kawy. To miejsce jednak zapewniało to, czego klubokawiarnia zapewnić by nie mogła: gwarancję, że nie nawinie się nikt, kto by im przeszkodził.
- Silna? Może. Z tą mądrą chyba niejeden by polemizował – odparła, niby żartobliwie, choć bez specjalnej wesołości. Wciąż niezbyt głośno. – Nie martw się, skarbie. Nigdy nie wpadłabym na myśl, że mogę pokonać Voldemorta.
Co najwyżej, być może, kupić odrobinę czasu, zanim pochłonie ją zielone światło. Brenna może nie była mądra, ale nie była też skrajnie głupia. Podążała za Dumbledorem w dużej mierze dlatego, że wierzyła, że jedynym człowiekiem, który pewnego dnia stanie naprzeciwko tego, który sam siebie nazwał lordem, i z nim zwycięży. Trzymała się tej nadziei rozpaczliwie, zwłaszcza teraz, po Beltane, kiedy chmury nad ich światem zgęstniały i tak trudno było znaleźć w tym wszystkim jakieś światło.
– Tak. Nie ma z tym pośpiechu, ale jeżeli kiedyś będziesz miała czas, przyda się nam znowu zaopatrzenie. Głównie odnawiający krew i wiggenowy.
Zawsze było też zapotrzebowanie na wielosokowy, ale ten był… cóż, jak wskazywała sama nazwa: wielosokowy. Brenna nie chciała zwalać na Norę jego przygotowania teraz.
– Ona zawsze radziła sobie z tym całkiem nieźle – westchnęła Brenna. Może przez aurowidzenie, może po prostu, bo był lepszą osobą niż jej kuzynka, bo miała naprawdę czyste serce i naprawdę kochała ludzi. Sama Brenna… próbowała, ale tak często nie umiała znaleźć właściwej odpowiedzi.
Choć teraz właściwa odpowiedź chyba po prostu nie istniała.
Odsunęła talerz. Zjadła i jedną z kiełbasek, i część bekonu i pół tosta. Zostało jeszcze trochę porcji, ale Brenna nie zamierzała jej już kończyć. Sama myśl o tym zdjęciu sprawiała, że Brygadzistka straciła apetyt, a jego wyciągnięcie na pewno nie miało w niczym pomóc. Wyraz twarzy miała ponury, gdy sięgała do torby – solidnej, skórzanej, nieco powycieranej, w niczym nie przypominającej eleganckich, damskich torebek – by wyciągnąć z niej kopertę. W środku były trzy zdjęcia, ale Brenna wydobyła tylko jedno. To, które zdało się jej… najmniej szokujące. Nie było widać na nim całej sylwetki, zaledwie fragment munduru aurora.
Wypełniał go pył. Poza nim po ciele zostały zaledwie zaschnięte fragmenty, trzymające się jako tak w całości wyłącznie ze względu na ubranie. Ponurość ustąpiła pewnej zaciętości, kiedy Brenna przesuwała zdjęcie ku Norze. Figg początkowo widziała tam nie fotografię, a czysty kawałek papieru, ale kiedy dotknęła go, podany z rąk do rąk ujawnił swoją prawdziwą zawartość.
- Nie wiem, czy to magia albo jakieś stwory. Nie wiem nawet, gdzie zacząć szukać - wyznała.
W Kniei, szeptało coś cicho w jej umyśle.
W Kniei.
Była tam już. Spędziła tam wiele godzin. Nic nie znalazła.
Ale wiedziała, że zacznie szukać: niedługo. Znowu. Chciała dopaść mordercę Derwina, ale jeżeli to nie on dokończył dzieła w ten sposób... te stwory też musiały zniknąć, bo zagrażały Dolinie, jej domowi, jej rodzinie, przyjaciołom, sąsiadom.
- Silna? Może. Z tą mądrą chyba niejeden by polemizował – odparła, niby żartobliwie, choć bez specjalnej wesołości. Wciąż niezbyt głośno. – Nie martw się, skarbie. Nigdy nie wpadłabym na myśl, że mogę pokonać Voldemorta.
Co najwyżej, być może, kupić odrobinę czasu, zanim pochłonie ją zielone światło. Brenna może nie była mądra, ale nie była też skrajnie głupia. Podążała za Dumbledorem w dużej mierze dlatego, że wierzyła, że jedynym człowiekiem, który pewnego dnia stanie naprzeciwko tego, który sam siebie nazwał lordem, i z nim zwycięży. Trzymała się tej nadziei rozpaczliwie, zwłaszcza teraz, po Beltane, kiedy chmury nad ich światem zgęstniały i tak trudno było znaleźć w tym wszystkim jakieś światło.
– Tak. Nie ma z tym pośpiechu, ale jeżeli kiedyś będziesz miała czas, przyda się nam znowu zaopatrzenie. Głównie odnawiający krew i wiggenowy.
Zawsze było też zapotrzebowanie na wielosokowy, ale ten był… cóż, jak wskazywała sama nazwa: wielosokowy. Brenna nie chciała zwalać na Norę jego przygotowania teraz.
– Ona zawsze radziła sobie z tym całkiem nieźle – westchnęła Brenna. Może przez aurowidzenie, może po prostu, bo był lepszą osobą niż jej kuzynka, bo miała naprawdę czyste serce i naprawdę kochała ludzi. Sama Brenna… próbowała, ale tak często nie umiała znaleźć właściwej odpowiedzi.
Choć teraz właściwa odpowiedź chyba po prostu nie istniała.
Odsunęła talerz. Zjadła i jedną z kiełbasek, i część bekonu i pół tosta. Zostało jeszcze trochę porcji, ale Brenna nie zamierzała jej już kończyć. Sama myśl o tym zdjęciu sprawiała, że Brygadzistka straciła apetyt, a jego wyciągnięcie na pewno nie miało w niczym pomóc. Wyraz twarzy miała ponury, gdy sięgała do torby – solidnej, skórzanej, nieco powycieranej, w niczym nie przypominającej eleganckich, damskich torebek – by wyciągnąć z niej kopertę. W środku były trzy zdjęcia, ale Brenna wydobyła tylko jedno. To, które zdało się jej… najmniej szokujące. Nie było widać na nim całej sylwetki, zaledwie fragment munduru aurora.
Wypełniał go pył. Poza nim po ciele zostały zaledwie zaschnięte fragmenty, trzymające się jako tak w całości wyłącznie ze względu na ubranie. Ponurość ustąpiła pewnej zaciętości, kiedy Brenna przesuwała zdjęcie ku Norze. Figg początkowo widziała tam nie fotografię, a czysty kawałek papieru, ale kiedy dotknęła go, podany z rąk do rąk ujawnił swoją prawdziwą zawartość.
- Nie wiem, czy to magia albo jakieś stwory. Nie wiem nawet, gdzie zacząć szukać - wyznała.
W Kniei, szeptało coś cicho w jej umyśle.
W Kniei.
Była tam już. Spędziła tam wiele godzin. Nic nie znalazła.
Ale wiedziała, że zacznie szukać: niedługo. Znowu. Chciała dopaść mordercę Derwina, ale jeżeli to nie on dokończył dzieła w ten sposób... te stwory też musiały zniknąć, bo zagrażały Dolinie, jej domowi, jej rodzinie, przyjaciołom, sąsiadom.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.