07.08.2023, 12:09 ✶
Florence wyszła spomiędzy płomieni punktualnie: jakby stała z zegarkiem w ręku, odliczając sekundy. Może zresztą faktycznie tak było. Choć wkroczyła do pomieszczenia wprost z ognia, jej ubranie nie było pokryte sadzą – jak zwykle zabezpieczyła je zaklęciem, zanim skorzystała z sieci.
I jak zwykle, tak na wszelki wypadek, pierwszym, co zrobiła, kiedy pozostawiła za sobą ogień, było oczyszczenie stroju kolejnym czarem. Tak na wypadek, gdyby jednak osiadł na nim jakiś pyłek.
- Dzień dobry, panno Bones – przywitała się uprzejmie. O ile w Kniei, gdy widziały się po raz pierwszy, była zmęczona, odrobinę rozczochrana i sprawiała wrażenie nieco wymiętej (choć i tak prawdopodobnie mniej niż dowolna inna osoba w namiocie), tak teraz prezentowała się dokładnie jak lubiła: czyli nieskazitelnie. Nie jakoś szczególnie efektownie, bo nie była wystrojona, ale elegancko i schludnie. Ciemna spódnica była kolorystycznie dobrana do torebki, w której Florence miała kilka eliksirów oraz podstawowe narzędzia uzdrowiciela, i kontrastowała z jasną, pozbawioną jakichkolwiek zdobień koszulą. Kasztanowe włosy związano w idealny kok, który odsłaniał nieco bladą, piegowatą twarz, pozbawioną śladu makijażu. (To nie tak, że Florence makijażu nie uznawała: nie sądziła jednak, że jest stosowne robienie go, kiedy pracowała. A to była praca.)
Mavelle przyjęła ją ze względu na Patricka. A sama Florence była tu przez wzgląd na Patricka i Atreusa. Zazwyczaj nie składała prywatnych wizyt, a w wyjątkach, gdy to robiła, kazała sobie płacić majątek – bo zwyczajnie nie miała czasu, aby biegać na każde zawołanie, uważała, że jeżeli ktoś tego potrzebuje, może umówić się w szpitalu. Bones jednak była w Limbo z Patrickiem. Jakakolwiek klątwa na nią spadła, musiała zostać zbadana. Nie wspominając już o tym, że przy okazji mogła dowiedzieć się co nieco o tej… drugiej przypadłości.
– Myślę, że możemy od razu przejść do rzeczy – stwierdziła. Przeniosła na moment wzrok z Mavelle na pomieszczenie, przebiegając wzrokiem po sprzętach i ścianach. Widać było, że to nie główna posiadłość, chociaż było tu ogólnie rzecz biorąc w miarę przyjemnie i schludnie, nawet wedle wyśrubowanych standardów Florence Bulstrode. – Na początek, niech pani powie, czy zauważyła jakiekolwiek zmiany albo efekty uboczne względem tego, co działo się w namiocie? Jak rozumiem, miała pani wtedy problemy z mówieniem o… Voldemorcie/
Odrobina zawahania przed wypowiedzianym imieniem wskazywała na to, że Florence niekoniecznie przywykła do jego używania. Jakaś jej część odruchowo przyjmowała te wszystkie bzdury o Sami Wiecie Kim. Ale że była to tylko część i Florence zdawała sobie sprawę z tego, że to bzdury, starała się to ignorować.
I jak zwykle, tak na wszelki wypadek, pierwszym, co zrobiła, kiedy pozostawiła za sobą ogień, było oczyszczenie stroju kolejnym czarem. Tak na wypadek, gdyby jednak osiadł na nim jakiś pyłek.
- Dzień dobry, panno Bones – przywitała się uprzejmie. O ile w Kniei, gdy widziały się po raz pierwszy, była zmęczona, odrobinę rozczochrana i sprawiała wrażenie nieco wymiętej (choć i tak prawdopodobnie mniej niż dowolna inna osoba w namiocie), tak teraz prezentowała się dokładnie jak lubiła: czyli nieskazitelnie. Nie jakoś szczególnie efektownie, bo nie była wystrojona, ale elegancko i schludnie. Ciemna spódnica była kolorystycznie dobrana do torebki, w której Florence miała kilka eliksirów oraz podstawowe narzędzia uzdrowiciela, i kontrastowała z jasną, pozbawioną jakichkolwiek zdobień koszulą. Kasztanowe włosy związano w idealny kok, który odsłaniał nieco bladą, piegowatą twarz, pozbawioną śladu makijażu. (To nie tak, że Florence makijażu nie uznawała: nie sądziła jednak, że jest stosowne robienie go, kiedy pracowała. A to była praca.)
Mavelle przyjęła ją ze względu na Patricka. A sama Florence była tu przez wzgląd na Patricka i Atreusa. Zazwyczaj nie składała prywatnych wizyt, a w wyjątkach, gdy to robiła, kazała sobie płacić majątek – bo zwyczajnie nie miała czasu, aby biegać na każde zawołanie, uważała, że jeżeli ktoś tego potrzebuje, może umówić się w szpitalu. Bones jednak była w Limbo z Patrickiem. Jakakolwiek klątwa na nią spadła, musiała zostać zbadana. Nie wspominając już o tym, że przy okazji mogła dowiedzieć się co nieco o tej… drugiej przypadłości.
– Myślę, że możemy od razu przejść do rzeczy – stwierdziła. Przeniosła na moment wzrok z Mavelle na pomieszczenie, przebiegając wzrokiem po sprzętach i ścianach. Widać było, że to nie główna posiadłość, chociaż było tu ogólnie rzecz biorąc w miarę przyjemnie i schludnie, nawet wedle wyśrubowanych standardów Florence Bulstrode. – Na początek, niech pani powie, czy zauważyła jakiekolwiek zmiany albo efekty uboczne względem tego, co działo się w namiocie? Jak rozumiem, miała pani wtedy problemy z mówieniem o… Voldemorcie/
Odrobina zawahania przed wypowiedzianym imieniem wskazywała na to, że Florence niekoniecznie przywykła do jego używania. Jakaś jej część odruchowo przyjmowała te wszystkie bzdury o Sami Wiecie Kim. Ale że była to tylko część i Florence zdawała sobie sprawę z tego, że to bzdury, starała się to ignorować.