07.08.2023, 13:02 ✶
Pierwszy pogodny dzień od jakiegoś czasu – bez wiatru, bez deszczu, bez ciemnych chmur – Brenna jednak niewiele miała czasu, aby się nim cieszyć. Większość pracowników Ministerstwa żyło ostatnio w ciągłym pędzie. Ona żyła nijako w pędzie podwójnym, bo dochodziły do tego sprawy Zakonu oraz te dotyczące Doliny, która najbardziej ucierpiała po Beltane.
Spać jednak trzeba. Brenna najchętniej wykreśliłaby tę czynność ze swojego harmonogramu, ale organizm przeciwko temu protestował. Po powrocie do domu późną porą, szybkim spacerze z psami (z kanapką w ręku), i ostatnim przejrzeniu papierów, padła w końcu na łóżko. Zamknęła okno, mimo pogodnej nocy – robiła to od jakiegoś czasu. Jeden z psów wskoczył na łóżko i Brenna objęła go ramieniem, by ledwo trzydzieści sekund później zanurzyć się w otchłań snu.
Najpierw śniła o tym, że spaceruje po Kniei Godryka. Biegała po niej, kogoś szukając, ale w pewnym momencie wypadła spomiędzy drzew nie na Polanę Ogni czy do Doliny, a na skraj Zakazanego Lasu. Ciemne wieże zamku Hogwart odcinały się na tle wielkiego, srebrzystego księżyca w pełni (to nie była pełnia: Brenna znała datę każdej pełni, ale teraz nawet nie pomyślała, że coś jest nie tak), w oknach zapraszająco błyszczały światła, wielkie jezioro lśniło w księżycowym blasku.
Logika snu sprawiała, że Brenna nie zastanawiała się, jak się tu znalazła ani co właściwie tutaj robi. Gdy zbliżyła się i usłyszała dobiegającą z Wielkiej Sali muzykę, pomyślała zamiast tego, że chyba spóźni się na bal – no tak, przecież dziś był bal, wszyscy mówili o nim już od miesiąca! A chwilę później nawiedziło ją mdlące uczucie, że ktoś w zamku na nią czeka, więc powinna się pospieszyć. Może z kimś się umówiła na dzisiejszy wieczór, i o tym zapomniała…? (Chociaż tak nie było: zazwyczaj takie uroczystości spędzała albo w gronie przyjaciół, albo po prostu je pomijała.)
Nie była pewna, ale nie mogła się spóźnić.
Po prostu nie mogła.
Jeśli się spóźni, stanie się coś złego.
Brenna przyspieszyła kroku. Myśli mieszały się. Nie wiedziała, czy ma osiemnaście czy dwadzieścia osiem lat. Nie wiedziała, co dokładnie tu robi, ale jakoś nie wydawało się jej dziwne, że tu jest. Kierowała się do wielkiej sali, mijając kolegów i koleżanki, ze swojego rocznika oraz tych młodszych, jeżeli ktoś akurat poprosił takiego, aby był jego osobą towarzyszącą. Muzyka rozbrzmiewała w jej uszach, przywoływała, i Brenna w końcu weszła do Wielkiej Sali, gdzie niektóre pary wirowały w tańcu, inne siedziały przy stolikach. Ciemne oczy Brenny przesunęły się po wnętrzu, chociaż nie była jeszcze pewna, kogo szuka.
Spać jednak trzeba. Brenna najchętniej wykreśliłaby tę czynność ze swojego harmonogramu, ale organizm przeciwko temu protestował. Po powrocie do domu późną porą, szybkim spacerze z psami (z kanapką w ręku), i ostatnim przejrzeniu papierów, padła w końcu na łóżko. Zamknęła okno, mimo pogodnej nocy – robiła to od jakiegoś czasu. Jeden z psów wskoczył na łóżko i Brenna objęła go ramieniem, by ledwo trzydzieści sekund później zanurzyć się w otchłań snu.
Najpierw śniła o tym, że spaceruje po Kniei Godryka. Biegała po niej, kogoś szukając, ale w pewnym momencie wypadła spomiędzy drzew nie na Polanę Ogni czy do Doliny, a na skraj Zakazanego Lasu. Ciemne wieże zamku Hogwart odcinały się na tle wielkiego, srebrzystego księżyca w pełni (to nie była pełnia: Brenna znała datę każdej pełni, ale teraz nawet nie pomyślała, że coś jest nie tak), w oknach zapraszająco błyszczały światła, wielkie jezioro lśniło w księżycowym blasku.
Logika snu sprawiała, że Brenna nie zastanawiała się, jak się tu znalazła ani co właściwie tutaj robi. Gdy zbliżyła się i usłyszała dobiegającą z Wielkiej Sali muzykę, pomyślała zamiast tego, że chyba spóźni się na bal – no tak, przecież dziś był bal, wszyscy mówili o nim już od miesiąca! A chwilę później nawiedziło ją mdlące uczucie, że ktoś w zamku na nią czeka, więc powinna się pospieszyć. Może z kimś się umówiła na dzisiejszy wieczór, i o tym zapomniała…? (Chociaż tak nie było: zazwyczaj takie uroczystości spędzała albo w gronie przyjaciół, albo po prostu je pomijała.)
Nie była pewna, ale nie mogła się spóźnić.
Po prostu nie mogła.
Jeśli się spóźni, stanie się coś złego.
Brenna przyspieszyła kroku. Myśli mieszały się. Nie wiedziała, czy ma osiemnaście czy dwadzieścia osiem lat. Nie wiedziała, co dokładnie tu robi, ale jakoś nie wydawało się jej dziwne, że tu jest. Kierowała się do wielkiej sali, mijając kolegów i koleżanki, ze swojego rocznika oraz tych młodszych, jeżeli ktoś akurat poprosił takiego, aby był jego osobą towarzyszącą. Muzyka rozbrzmiewała w jej uszach, przywoływała, i Brenna w końcu weszła do Wielkiej Sali, gdzie niektóre pary wirowały w tańcu, inne siedziały przy stolikach. Ciemne oczy Brenny przesunęły się po wnętrzu, chociaż nie była jeszcze pewna, kogo szuka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.