Od zbawiennej wizyty Stelli minął dobry miesiąc. Stanley z każdym dniem stawał coraz bardziej na nogi - robił to krok po kroku niczym małe dziecko, które właśnie uczy się chodzić. I tak też po części było w jego życiu, wszak uczył się funkcjonować od początku. Zgodnie z tym co obiecał pannie Avery, wziął się w garść aby zawalczyć w zasadzie o wszystko. To właśnie ona napędzała w nim chęci do tego aby dalej stąpać pośród żywych na tej ziemi.
Na przestrzeni kilku ostatnich tygodni pozałatwiał wszelkie ważniejsze sprawy związane ze śmiercią Anne ale również własnym urlopem w Ministerstwie. Miał z tym wszystkim trochę papierkowej roboty ale jako zaprawiony w boju brygadzista, dla którego wypełnianie raportów było chlebem powszednim, nie czuł żadnego wyzwania. Wiedział, że im wcześniej zacznie tym szybciej skończy. Przełożeni Borgina nie robili żadnych problemów - rozumieli jego przypadek, składając przy okazji, na pierwszy rzut oka, szczere kondolencje. Nawet jeżeli nie pochodziły one prosto z serca to było to po prostu miłe i tego wymagały pewne szeroko przyjęte zasady kultury czy zwykłego ludzkiego wychowania.
Koniec listopada spędził w rodzinnej rezydencji Borginów do której udał się na zaproszenie kuzynostwa. Odpoczynek od zgiełku Londynu też sprawił, że Stanley nabrał dodatkowych sił. Prawdę mówiąc i tak nie miał nic ciekawszego do roboty, niż wyjazd ze stolicy na kilka dni. Miał dwu miesięczna przerwę od pracy, a Stella w końcu miała ślub siostry za pasem. Borgin nie chciał się narzucać i tym samym dać jej trochę odpocząć od siebie, zwłaszcza po tym co dla niego zrobiła. I mimo tego, że najchętniej poszedłby z Avery na ślub jej rodzeństwa, chcąc tym samym pokazać wszystkim wokół, że na szukanie dla Stelli jakiegoś idealnego kandydata jest już za późno, wiedział że nie mogą i nie powinni tego robić. Wszystko więc się idealnie ułożyło, a wyjazd do rodziny nie przeszkodził w żadnych planach.
Pierwszy grudnia był dniem w którym postanowił wrócić do swojego świata. Nadal trochę zagubionego i opustoszałego ale z nadzieją na przyszły rok. Kiedy tylko znalazł się na ulicy Horyzontalnej, wpadł do swojego mieszkania zostawiając wszelkie klamoty jakie tylko miał i czym prędzej udał się do Stelli aby ją odwiedzić. Nie widzieli się dobry tydzień, jeżeli nawet nie dłużej. Stanley był bardzo ciekaw jak wypadł ślub i przede wszystkim jak bawiła się na nim panna Avery. Tym razem wybrał dogodniejszą porę na wizytę. Zdecydował się przyjść punkt 12, a nie wieczorem czy w środku nocy jak to miewał w zwyczaju.
Był w takim pośpiechu, że zapomniał zabrać wyrwanej kartki z atlasu roślin z opisem dalii aby móc pokazać je sprzedawczyni. Borgin nadal był nogą z nauk przyrodniczych, chociaż te kwiaty kojarzył już coraz bardziej, zawsze wyszukując ich na straganie. Los jednak chciał aby te nie zostały dzisiaj przekazane do dłoni nowej właścicielki. Nie podłamując się tym faktem, wdrapał się na ostatnie piętro i zapukał do drzwi. Tych bardzo dobrze mu znanych drzwi, gdzie zawsze mógł liczyć na pomoc i wsparcie.
I w ten oto sposób stał w swoim nie nagannym zaroście, ubrany w świeżo wyprasowaną koszulę i płaszcz z którym nigdy się nie rozstawał. Nie zdawał sobie jednak jeszcze sprawy z tego co się stało i że nieszczęścia chodzą parami....
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972