Został uprzedzony, żeby szykował się do pracy na noc Beltane. Wiadomość tą jednak otrzymał przekazaną w tak miłym tonie i z figlarnym uśmieszkiem, że uznał to za ironiczne zwrócenie uwagi na potencjalne ilości alkoholu spożyte na festynie.
Ewentualnie niechciane ciąże.
Ale w końcu ktoś wywalił go z ciepłego mieszkanka za fraki i musiał się teleportować do autentycznej pracy. Absolutnie nie spodziewał się, że Śmierciożercy zaatakują na Beltane. Nawet bawić się nie dawali.
Zachmurzony, wszedł do piwniczki w odpowiednim ubiorze. W pierwszej chwili dostrzegł pannę Delacour i bardzo się speszył. Ale to nie ona zajmowała miejsce pierwszego pacjenta, więc szybko tam się udał. I wtedy stanął twarzą twarz z Borginem. Cudownie. Tak dla Eza kończyło się święto miłości.
Nie zajęło mu długo zlokalizowanie dolegliwości. Uniósł brew na widok zielonej mazi.
— Uhm... Co to jest?
Nie miał pojęcia, czy powinien to zostawić, czy pozbyć się. Zaraz też zręcznym ruchem podał Stanley'owi porcję eliksiru.
— Uśmierzający ból.