Sytuacja robiła się niesamowicie nieprzyjemna. Martin ledwo zakończył kiełbaskę, wnętrzności ściskały mu się niesamowicie. Absolutnie nikt nie podszedłby do niego, jedynie kilku poważnych czarodziejów kojarzących go jako syna Elisabeth podeszłoby na sekundę jedynie dla jej względów. Za każdym razem musiał się przedstawiać, jego imię wpadało jednym uchem i wypadało drugim. U każdego rozmówcy.
Rozrywka? Zdecydowanie nie. Każde kolejne słowa były jak gwóźdź do trumny, aż w końcu matka postanowiła zsunąć trumnę do dołu tematem stanu cywilnego. Martin siedział w bezruchu z martwym wyrazem twarzy.
Jak wielkiego musiał mieć pecha, że czwórka starszego rodzeństwa nie zadowoliła matki w kwestii wnucząt. Jane Mary jako przodownik pracy uzyskała złoty bilet i ominęło ją nękanie o potomstwo. Chociaż jako bardzo tradycyjna czarownica, w pewnym momencie również planuje nadrobić macierzyńskie zaległości. Catherine dwójkę dzieci miała, ale w Stanach, więc się nie liczyło. Brian postanowił sobie umrzeć, a Jack to Jack. A Martin był zdecydowanie najgorszym egzemplarzem na wydanie, o jakim mógłby marzyć rodzic. Mariaż z rodziną Avery był chyba największym sukcesem Elisabeth. Czy drugi raz się jej poszczęści? Z taką kłodą jako synem było ciężko stwierdzić.
Martin nie czuł się dobrze przyprawiając matkę o smutki, ale mariaż był czymś nie do pomyślenia. Oczywiście chętnie zgodziłby się na takowy dla świętego spokoju, ale nie chciał być kulą u nogi kolejnej kobiety. Jedna już stwierdziła, że woli odejść w zaświaty niż spędzić resztę życia u jego boku. Tak, śmierć Kordelii odebrał dość osobiście, chociaż rozumiał, że sam nie miał na to najprawdopodobniej większego wpływu.
— Dobrze — odpowiedział krótko. Chciał świętego spokoju. Gdzieś w jego umyśle tliła się nadzieja, że może uda mu się poznać wystarczająco dobrze urodzoną czarownicę, która również podeszłaby do mariażu czysto praktycznie. I jednocześnie wraz z nim unikałaby salonowego zamętu.
Martin wyglądał na niezwykle przybitego i załamanego. Nie chciał już jeść. Przeniósł wzrok na sufit, jakby błagał samego Boga o zabranie go z tego świata.
— Kiedy odbędzie się ów przyjęcie?