07.08.2023, 23:44 ✶
Florence dostała pewien kredyt zaufania, co nie oznaczało, iż Bones spuszczała z niej spojrzenie. Nie. Czujnie obserwowała poczynania uzdrowicielki, nawet jeśli wyglądała na w miarę rozluźnioną. W końcu znajdowała się niejako na własnym terenie, prawda? No, nie dosłownie własnym, bo posiadłość to jednak należała do dziadka, ale wciąż, aktualnie była jej lokatorką (choć pewnie niedługo wypadałoby się wyprowadzić; to i tak od początku miało być tymczasowe…), więc… no nie do końca można było powiedzieć, że kobiety znajdowały się na w pełni neutralnym gruncie.
- Tak, żadnych komponentów – potwierdziła krótko, wracając się pamięcią do Beltane. Do Limbo. Co się wtedy stało…? Pamiętała machnięcie różdżką, pamiętała słowa, jakie wypowiadał. Pamiątka. I jeszcze… - Nie miałam czasu na reakcję. Pamiętam, że poczułam coś dziwnego, że coś się stało z językiem, ale… to nie był ból, żadne mrowienie, tylko po prostu świadomość, że coś się stało – wyjaśniła cicho i zacisnęła lekko wargi. Nie. Ktoś, kto miał czelność sięgnąć po moc ognisk, przekroczyć granicę życia i śmierci z całą pewnością nie obawiał się rzucenia morderczego zaklęcia. A nawet jeśli – to brygadzistka nie posądzała go o to. Prędzej klasyfikowała jako kogoś, kto mocno upadł na głowę i widział świat w sposób, w jaki chciał widzieć, a nie taki, jakim był naprawdę. I również jako kogoś, kto nie ma żadnych zahamowań, przez co jest w stanie sięgnąć po cokolwiek tylko zapragnie, bez żadnej refleksji.
Niestety trafiła na ścianę – nie mogła wyjaśnić Florence, że ta się myliła. Musiała się mylić. Bo gdyby chciał, to była całkiem pewna, że nie wróciłaby z Limbo. Pamiątka – bo przelew czarodziejskiej krwi jest stratą. Bo może istniała – w jego oczach, oczywiście – szansa, że jednak się przed nim ukorzy, uzna za swojego pana, dołączy do jego sprawy… Rzecz jasna to były tylko domysły.
Za to w oczach kobiety pojawił się ponury błysk, przemieszany z irytacją. Bezsilnością też. Bo nie miała jak na razie żadnego sposobu, żeby obejść tę cholerną klątwę, a… wzięła głębszy wdech. Jak do tej pory, nawet jej nie przyszło przez myśl, żeby sięgnąć po takie sformułowania – nie zasługiwał na takie uznanie, w najmniejszym choćby stopniu.
Otworzyła usta. Zamknęła. Znowu otworzyła, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk – bo przecież Bones nie żywiła dla niego ani grama szacunku, w jej głosie nie byłoby choćby szczypt podziwu, uznania dla jego wspaniałości. Co najwyżej złość, pogarda, nienawiść. Żeby go tak mrówki zeżarły, żywcem…
Kaszlnęła, pokręciła głową, zaciskając dłonie na podparciach fotela. Fiasko. Jedno, wielkie fiasko.
- Obawiam się, że nic z tego – oznajmiła, siląc się na spokój. W końcu co Bulstrode winna, że Bones znowu walnęła w ścianę? Tak jakby nie gryzło się ręki, która mogła pomóc.
- Co to jest…? – spytała nieco podejrzliwie, jednakże nie oponowała. Jakoś trzeba było rozgryźć zagadkę klątwy, czyż nie? Każda profesja miała swoje narzędzia, a jeśli ten proszek okazałby się czymś, co miało zaszkodzić (i co udowodniłoby, że popełniła błąd, słuchając Stewarda), to Florence strzelałaby sobie właśnie w stopę. Przecież to nie tak, że absolutnie nikt nie wiedział, gdzie Mav zniknęła i po co… Tak że zakładanie tutaj złej woli wydawało się być zbyt daleko posuniętą paranoją.
- Tak, żadnych komponentów – potwierdziła krótko, wracając się pamięcią do Beltane. Do Limbo. Co się wtedy stało…? Pamiętała machnięcie różdżką, pamiętała słowa, jakie wypowiadał. Pamiątka. I jeszcze… - Nie miałam czasu na reakcję. Pamiętam, że poczułam coś dziwnego, że coś się stało z językiem, ale… to nie był ból, żadne mrowienie, tylko po prostu świadomość, że coś się stało – wyjaśniła cicho i zacisnęła lekko wargi. Nie. Ktoś, kto miał czelność sięgnąć po moc ognisk, przekroczyć granicę życia i śmierci z całą pewnością nie obawiał się rzucenia morderczego zaklęcia. A nawet jeśli – to brygadzistka nie posądzała go o to. Prędzej klasyfikowała jako kogoś, kto mocno upadł na głowę i widział świat w sposób, w jaki chciał widzieć, a nie taki, jakim był naprawdę. I również jako kogoś, kto nie ma żadnych zahamowań, przez co jest w stanie sięgnąć po cokolwiek tylko zapragnie, bez żadnej refleksji.
Niestety trafiła na ścianę – nie mogła wyjaśnić Florence, że ta się myliła. Musiała się mylić. Bo gdyby chciał, to była całkiem pewna, że nie wróciłaby z Limbo. Pamiątka – bo przelew czarodziejskiej krwi jest stratą. Bo może istniała – w jego oczach, oczywiście – szansa, że jednak się przed nim ukorzy, uzna za swojego pana, dołączy do jego sprawy… Rzecz jasna to były tylko domysły.
Za to w oczach kobiety pojawił się ponury błysk, przemieszany z irytacją. Bezsilnością też. Bo nie miała jak na razie żadnego sposobu, żeby obejść tę cholerną klątwę, a… wzięła głębszy wdech. Jak do tej pory, nawet jej nie przyszło przez myśl, żeby sięgnąć po takie sformułowania – nie zasługiwał na takie uznanie, w najmniejszym choćby stopniu.
Otworzyła usta. Zamknęła. Znowu otworzyła, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk – bo przecież Bones nie żywiła dla niego ani grama szacunku, w jej głosie nie byłoby choćby szczypt podziwu, uznania dla jego wspaniałości. Co najwyżej złość, pogarda, nienawiść. Żeby go tak mrówki zeżarły, żywcem…
Kaszlnęła, pokręciła głową, zaciskając dłonie na podparciach fotela. Fiasko. Jedno, wielkie fiasko.
- Obawiam się, że nic z tego – oznajmiła, siląc się na spokój. W końcu co Bulstrode winna, że Bones znowu walnęła w ścianę? Tak jakby nie gryzło się ręki, która mogła pomóc.
- Co to jest…? – spytała nieco podejrzliwie, jednakże nie oponowała. Jakoś trzeba było rozgryźć zagadkę klątwy, czyż nie? Każda profesja miała swoje narzędzia, a jeśli ten proszek okazałby się czymś, co miało zaszkodzić (i co udowodniłoby, że popełniła błąd, słuchając Stewarda), to Florence strzelałaby sobie właśnie w stopę. Przecież to nie tak, że absolutnie nikt nie wiedział, gdzie Mav zniknęła i po co… Tak że zakładanie tutaj złej woli wydawało się być zbyt daleko posuniętą paranoją.