08.08.2023, 00:30 ✶
Ciężko powiedzieć, co Patrick miał w głowie, gdy zapraszał Florence na wypad nad morze. Z jednej strony, chyba chodziło o wspomnienie wody, które nawiedziło go w Błędnym Rycerzu albo o to, że tu już prawie nikt nie chodził a on potrzebował spokoju, albo o to, że ostatnio chciał spędzać trochę więcej czasu z uzdrowicielką.
Nie, nie jakoś przesadnie więcej. To nie tak, że Patrick nagle zaczął bez przerwy myśleć o Florence lub głośno do niej wzdychać. A jednak łapał się na tym, że czasami jego myśli bezwiednie podążały ku niej. Tak jak z obrazem, który malował. Bulstrode wcale nie miała być jego bohaterką, ale to jej twarz stała się jakoś wyraźniejsza na tle reszty postaci.
Ostatnio wszędzie czuł się nie tak jak powinien a jego obecność wzbudzała niepotrzebny zamęt. Florence była jedną z niewielu osób, przy których zaczynał się odprężać i wcale nie myślał o tym, że Lord Voldemort zdobył moc ognisk. Odwrotnie. Cieszyła go myśl, że będą puszczać latawce, że posiedzą obok siebie i porozmawiają o głupotach.
Dopiero będąc na miejscu dotarło do niego, że idealna pogoda na puszczanie latawców, była również idealną by załapać przeziębienie. On ciągle pozostawał zimny, ale nie chciał by Florence również niepotrzebnie zmarzła. Ostatnio chciał się nią bardziej opiekować.
Więc pomyślał o herbacie, tak jakby herbata miała wynagrodzić zimno jego własnej skóry.
Szedł z papierowymi kubkami w rękach w stronę molo. W głowie czuł przyjemną lekkość, zastanawiał się nawet czy nie spędzić tego dnia na głupotach, zamiast znowu wałkować temat wydarzeń sprzed kilku ostatnich dni. Wiedział, że przy Florence wszystko będzie dobrze. Przy niej jednej na pewno.
I wtedy to poczuł. Uścisk w żołądku, jakby nagle ktoś zawiązał go w supeł. Patrick zmarszczył brwi, zmrużył oczy, szukając spojrzeniem sylwetki uzdrowicielki. Coś było nie w porządku. Czuł, że było bardzo, bardzo nie w porządku. Odnalazł ją jak szła po molo a wiatr zsunął jej kapelusz z głowy. I chociaż wyglądała jakby nie groziło jej niebezpieczeństwo, Steward zdał sobie sprawę, że groziło. I było gigantyczne.
Przecież powiedział jej, żeby nie chodziła sama na molo. A potem zabrał ją na molo. Nie umiała pływać. A on zostawił ją na molo, bo chciał przynieść gorącą herbatę. To było jak proszenie się o kłopoty.
Patrick ruszył biegiem w stronę pomostu. Kubki z herbatą poleciały na trawę, ale nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. Uścisk w żołądku nie zelżał a nasilił się, gdy dostrzegł jak Florence pochylała się w stronę morskich fal.
- Nie! – wykrzyknął, ale było za późno.
Jego buty zadudniły o drewno, gdy wbiegał na drewniane molo. W głowie szumiały mu nieprzyjemne, krzykliwe myśli: utopi się, nie potrafi pływać, to stworzenie topiące ludzi ciągle tu jest, ona umiera, zabijasz ją, bo zachciało ci się puszczać latawce nad wodą.
Ściągnął skórzaną kurtkę i rzucił ją na pomost tylko dlatego, że w kieszeni miał różdżkę a potrzebował różdżki, by wyczarować sobie bąbel powietrza wokół głowy. A potem skoczył do wody, prosto w pieniące się fale. Woda była lodowato zimna, ale od czasu pobytu w Limbo, Patrick też był lodowato zimny. Nie wyczuł przesadnej zmiany temperatur. Ruszył kraulem w stronę Florence, jeszcze szybciej gdy zauważył mknącą w stronę uzdrowicielki morską postać. Posłał w stronę wodnego przeciwnika wiązkę energii, by go odepchnąć w głąb morza, a potem złapał Florence ręką w pasie, przyciągnął do siebie i wypłynął na powierzchnię. Serce waliło mu głośno w piersiach, gdy ruszył z nią w stronę brzegu.
- C-co t-ty s-sobie m-myślałaś? - zapytał, gdy wyczuł że oboje mieli grunt pod nogami. Głos mu drżał, ale nie od chłodu a z nerwów. Mimo tego, że mógł ją już puścić, ciągle trzymał dość mocno, jakby obawiał się, że gdy tylko ją puści, Bulstrode rzuci się z powrotem w morskie fale.
Nie, nie jakoś przesadnie więcej. To nie tak, że Patrick nagle zaczął bez przerwy myśleć o Florence lub głośno do niej wzdychać. A jednak łapał się na tym, że czasami jego myśli bezwiednie podążały ku niej. Tak jak z obrazem, który malował. Bulstrode wcale nie miała być jego bohaterką, ale to jej twarz stała się jakoś wyraźniejsza na tle reszty postaci.
Ostatnio wszędzie czuł się nie tak jak powinien a jego obecność wzbudzała niepotrzebny zamęt. Florence była jedną z niewielu osób, przy których zaczynał się odprężać i wcale nie myślał o tym, że Lord Voldemort zdobył moc ognisk. Odwrotnie. Cieszyła go myśl, że będą puszczać latawce, że posiedzą obok siebie i porozmawiają o głupotach.
Dopiero będąc na miejscu dotarło do niego, że idealna pogoda na puszczanie latawców, była również idealną by załapać przeziębienie. On ciągle pozostawał zimny, ale nie chciał by Florence również niepotrzebnie zmarzła. Ostatnio chciał się nią bardziej opiekować.
Więc pomyślał o herbacie, tak jakby herbata miała wynagrodzić zimno jego własnej skóry.
Szedł z papierowymi kubkami w rękach w stronę molo. W głowie czuł przyjemną lekkość, zastanawiał się nawet czy nie spędzić tego dnia na głupotach, zamiast znowu wałkować temat wydarzeń sprzed kilku ostatnich dni. Wiedział, że przy Florence wszystko będzie dobrze. Przy niej jednej na pewno.
I wtedy to poczuł. Uścisk w żołądku, jakby nagle ktoś zawiązał go w supeł. Patrick zmarszczył brwi, zmrużył oczy, szukając spojrzeniem sylwetki uzdrowicielki. Coś było nie w porządku. Czuł, że było bardzo, bardzo nie w porządku. Odnalazł ją jak szła po molo a wiatr zsunął jej kapelusz z głowy. I chociaż wyglądała jakby nie groziło jej niebezpieczeństwo, Steward zdał sobie sprawę, że groziło. I było gigantyczne.
Przecież powiedział jej, żeby nie chodziła sama na molo. A potem zabrał ją na molo. Nie umiała pływać. A on zostawił ją na molo, bo chciał przynieść gorącą herbatę. To było jak proszenie się o kłopoty.
Patrick ruszył biegiem w stronę pomostu. Kubki z herbatą poleciały na trawę, ale nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. Uścisk w żołądku nie zelżał a nasilił się, gdy dostrzegł jak Florence pochylała się w stronę morskich fal.
- Nie! – wykrzyknął, ale było za późno.
Jego buty zadudniły o drewno, gdy wbiegał na drewniane molo. W głowie szumiały mu nieprzyjemne, krzykliwe myśli: utopi się, nie potrafi pływać, to stworzenie topiące ludzi ciągle tu jest, ona umiera, zabijasz ją, bo zachciało ci się puszczać latawce nad wodą.
Ściągnął skórzaną kurtkę i rzucił ją na pomost tylko dlatego, że w kieszeni miał różdżkę a potrzebował różdżki, by wyczarować sobie bąbel powietrza wokół głowy. A potem skoczył do wody, prosto w pieniące się fale. Woda była lodowato zimna, ale od czasu pobytu w Limbo, Patrick też był lodowato zimny. Nie wyczuł przesadnej zmiany temperatur. Ruszył kraulem w stronę Florence, jeszcze szybciej gdy zauważył mknącą w stronę uzdrowicielki morską postać. Posłał w stronę wodnego przeciwnika wiązkę energii, by go odepchnąć w głąb morza, a potem złapał Florence ręką w pasie, przyciągnął do siebie i wypłynął na powierzchnię. Serce waliło mu głośno w piersiach, gdy ruszył z nią w stronę brzegu.
- C-co t-ty s-sobie m-myślałaś? - zapytał, gdy wyczuł że oboje mieli grunt pod nogami. Głos mu drżał, ale nie od chłodu a z nerwów. Mimo tego, że mógł ją już puścić, ciągle trzymał dość mocno, jakby obawiał się, że gdy tylko ją puści, Bulstrode rzuci się z powrotem w morskie fale.