08.08.2023, 00:45 ✶
Podobno przed śmiercią całe życie przesuwa się człowiekowi przed oczami.
Florence widziała jednak tylko wodę, zarys sylwetki, a czuła wyłącznie narastającą panikę. Nie mogła oddychać, nie mogła czarować – nawet gdyby nie zgubiła różdżki, nie zdołałaby chyba rzucić zaklęcia pod wodą – a w końcu zachłysnęła się wodą. Płuca eksplodowały bólem, kiedy kończyło się jej powietrze, ten ostatni oddech zaczerpnięty, nim wciągnięto ją między fale. Nagle schwytana i pociągnięta w górę nie próbowała walczyć, bo nie miałaby na to już siły.
A potem znów mogła oddychać.
W pierwszej chwili znaczenie słów, jakie wypowiedział Patrick, do niej nie docierało. Ani nawet to, że znów ma grunt pod nogami. Wpatrywała się tylko w niego, szeroko otwartymi, nagle pełnymi paniki oczyma, spazmatycznie chwytając powietrze. Wczepiła jedną rękę w ubranie Patricka, zaciskając palce na mokrym materiale jego koszuli, jakby to miała być kotwica, utrzymująca ją na powierzchni. Drżała, zarówno ze strachu, jak i z zimna, i o dziwo, jej pierwszą świadomą myślą nie było, że żyje, że już wszystko dobrze, że Patrick ją uratował, tylko że bardzo się cieszy, że nikt z pracy teraz jej nie widzi. Bo jako żywo, od dawna nikt nie miał okazji widzieć aż tak roztrzęsionej Florence Bulstrode.
- Nie… myślałam – wykrztusiła w końcu z siebie, gdy była już w stanie uporządkować myśli. A chociaż ciągle się bała, bo stali pośród fal, zalewających ich raz po raz po szyję, to nie była już taka panika, bo był tu Patrick i wszystko będzie dobrze. Powinna była od razu wiedzieć, że przecież się pojawi. Oczywiście, że nie dałby jej umrzeć: nie Patrick. To było może głupie i naiwne myślenie, ale dla oszalałego ze strachu umysłu Florence wyglądało to zupełnie inaczej. – To chyba było selkie. One umieją śpiewać. Omamić. Opętać umysł.
W jej własnej kuchni siadał niekiedy syn selkie, obdarzony anielską buzią i syrenim głosem. Laurent potrafiłby sprawić, że zobaczysz coś, czego nie ma – może umiałby też ogłuszyć tak, jak ogłuszono ją? Przecież nigdy, przenigdy, za żadne skarby, nie weszłaby pomiędzy fale, gdyby nie uwiodła jej ta pieśń.
– Bogini – powiedziała, obejmując na moment Patricka, opierając czoło na jego ramieniu. Uratował ją: powinna mu podziękować, ale na razie jeszcze nie była w stanie. Nie, kiedy wciąż byli w morzu. Nie, kiedy obawiała się, że ta istota, to coś, selkie, syrena albo jakiś potworów, którego nie znała, znów do nich podpłynie. Albo co gorsza zaśpiewa i tym razem to Steward rzuci się w morskie fale. – Wyjdźmy z tej wody, proszę. I… moja różdżka… na plaży zgubiłam różdżkę…
Tak, powinna teraz bardzo spokojnie oznajmić, że wracają na brzeg i sama go tam poprowadzić. Ale woda była jedyną rzeczą, która niszczyła pewność siebie Florence.
Florence widziała jednak tylko wodę, zarys sylwetki, a czuła wyłącznie narastającą panikę. Nie mogła oddychać, nie mogła czarować – nawet gdyby nie zgubiła różdżki, nie zdołałaby chyba rzucić zaklęcia pod wodą – a w końcu zachłysnęła się wodą. Płuca eksplodowały bólem, kiedy kończyło się jej powietrze, ten ostatni oddech zaczerpnięty, nim wciągnięto ją między fale. Nagle schwytana i pociągnięta w górę nie próbowała walczyć, bo nie miałaby na to już siły.
A potem znów mogła oddychać.
W pierwszej chwili znaczenie słów, jakie wypowiedział Patrick, do niej nie docierało. Ani nawet to, że znów ma grunt pod nogami. Wpatrywała się tylko w niego, szeroko otwartymi, nagle pełnymi paniki oczyma, spazmatycznie chwytając powietrze. Wczepiła jedną rękę w ubranie Patricka, zaciskając palce na mokrym materiale jego koszuli, jakby to miała być kotwica, utrzymująca ją na powierzchni. Drżała, zarówno ze strachu, jak i z zimna, i o dziwo, jej pierwszą świadomą myślą nie było, że żyje, że już wszystko dobrze, że Patrick ją uratował, tylko że bardzo się cieszy, że nikt z pracy teraz jej nie widzi. Bo jako żywo, od dawna nikt nie miał okazji widzieć aż tak roztrzęsionej Florence Bulstrode.
- Nie… myślałam – wykrztusiła w końcu z siebie, gdy była już w stanie uporządkować myśli. A chociaż ciągle się bała, bo stali pośród fal, zalewających ich raz po raz po szyję, to nie była już taka panika, bo był tu Patrick i wszystko będzie dobrze. Powinna była od razu wiedzieć, że przecież się pojawi. Oczywiście, że nie dałby jej umrzeć: nie Patrick. To było może głupie i naiwne myślenie, ale dla oszalałego ze strachu umysłu Florence wyglądało to zupełnie inaczej. – To chyba było selkie. One umieją śpiewać. Omamić. Opętać umysł.
W jej własnej kuchni siadał niekiedy syn selkie, obdarzony anielską buzią i syrenim głosem. Laurent potrafiłby sprawić, że zobaczysz coś, czego nie ma – może umiałby też ogłuszyć tak, jak ogłuszono ją? Przecież nigdy, przenigdy, za żadne skarby, nie weszłaby pomiędzy fale, gdyby nie uwiodła jej ta pieśń.
– Bogini – powiedziała, obejmując na moment Patricka, opierając czoło na jego ramieniu. Uratował ją: powinna mu podziękować, ale na razie jeszcze nie była w stanie. Nie, kiedy wciąż byli w morzu. Nie, kiedy obawiała się, że ta istota, to coś, selkie, syrena albo jakiś potworów, którego nie znała, znów do nich podpłynie. Albo co gorsza zaśpiewa i tym razem to Steward rzuci się w morskie fale. – Wyjdźmy z tej wody, proszę. I… moja różdżka… na plaży zgubiłam różdżkę…
Tak, powinna teraz bardzo spokojnie oznajmić, że wracają na brzeg i sama go tam poprowadzić. Ale woda była jedyną rzeczą, która niszczyła pewność siebie Florence.