— Cóż, liczę na to, że Twój dzisiejszy partner zadba o to, żebyś się jednak zbytnio nie poobijała — Spojrzał na Norę, po czym mrugnął porozumiewawczo do Theseusa. Bądź co bądź, Erik i Brenna przekazywali mu na ten wieczór w jego ręce matkę ich wspólnej chrześnicy. Musiał się wykazać.
Erik uśmiechnął się przesłodko do siostry, gdy ta wspomniała o obowiązkowej sesji dla gazety czarodziejów. Gdy tylko odwróciła od niego wzrok, obdarzył ją zmęczonym, a może nawet nieco morderczym wzrokiem. Jeszcze nie wiedział, jak to zrobi, ale znajdzie jakiś sposób na to, aby wciągnąć ją na okładkę tego wydania Proroka Codziennego. To nie może być tak, że będzie ciągle błyszczał wśród fleszy samotnie. Ktoś musiał nieść to brzemię wraz z nim. Kątem oka zauważył Mavelle dyskutującą z Patrickiem. Wypadałoby później porozmawiać z nimi chociaż parę minut w trakcie tego całego szaleństwa.
— Wkradłem się, gdy rodzice akurat nie patrzyli — odpowiedział zręcznie Zeneidzie, postanawiając przyjąć z godnością ciężar komentarzy odnoszących się do jego wieczornej aparycji. Wprawdzie ubolewał nieco nad tym, jak się sprawy miały, jednak teraz i tak było za późno, aby coś zmienić w tej kwestii. — Czyżby? W takim razie, moja droga Ido, możesz się czuć zobowiązana do tego, aby postawić mi takowe piwo kremowe. Tak w ramach opieki nad domorosłym mną.
Na jego usta wkradł się krzywy grymas. Może nie była to najbardziej genialna gra słów w jego wieloletniej karierze, ale nie mógł też siedzieć bezczynnie i po prostu puszczać mimo uszu wszelkie frazy, które były kierowane w jego stronę. Musiał się socjalizować i brać aktywny udział w konwersacjach z dużą ilością gości, przynajmniej na początku. Później, gdy już wszyscy się przyzwyczają do panujących w posiadłości warunków, większość ludzi znajdzie swoje własne grupki.
Erik uścisnął rękę Alastora, chociaż był nieco zbity z tropu tym, jak szybko mężczyzna się ulotnił. Zerknął za nim kątem oka, ale w sumie nie mógł zrobić wiele więcej, jak tylko życzyć mu miłej zabawy i spędzenia udanego wieczora w towarzystwie znajomych, zarówno z pracy, jak i poza niej. I o którego Godryka mogło mu chodzić, pomyślał, przeglądając w głowie listę zaproszonych gości, skupiającej się na następnej osobie, która do nich podeszła.
Przeminęło parę sekund i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z Lorettą, która wyglądała nieco inaczej, niż gdy widział ją w jej domowej pracowni. Skłonił przed nią elegancko głowę, pozwalając, aby to Brenna na początek przejęła inicjatywę. Na wzmiankę o obrazach, jego wzrok powędrował ku pomieszczeniu, w których zostały one wywieszone.
— Serdecznie witamy — powtórzył, przejmując pałeczkę. Uśmiechnął się promiennie do młodej malarki. — Tak jak wspomniała Brenna, wywiesiliśmy obrazy, aby reszta gości mogła im się przyjrzeć przed licytacją. Chociaż muszę przyznać, że moja własna matka rozważała ich wykupienie do swojego gabinetu. Raczej szykuje się ostra walka.
Trochę wyolbrzymiał, ale nie na tyle, aby brzmiało to nieszczerze. Elisa Longbottom faktycznie pochwaliła wybór tych małych dzieł sztuki i naprawdę wyraziła zainteresowanie twórczością panny Lestrange. Wprawdzie nie potwierdziła, że miała ochotę osadzić je w ścianach swojej prywatnej pracowni na terenie posiadłości, jednak wspomniała, że z chęcią powiesiłaby podobne prace w jednym z pomieszczeń rezydencji.
Przeniósł spojrzenie na partnera Loretty i niemalże nim zatrzęsło, gdy zdał sobie sprawę, że Elliott postanowił pojawić się na balu. Zamrugał, chcąc odzyskać panowanie nad sobą, co zapewne udało mu się tylko dzięki temu, że Brenna postanowiła przemówić jako pierwsza. Jednak czasami dobrze było ją mieć w swoim towarzystwie.
— Czegokolwiek będziesz potrzebował, Elliottcie — potwierdził ciepło. Ścisnął z mocą dłoń mężczyzny, chcąc w ten sposób przekazać całą gamę emocji, która w nim buzowała. Nie mógł się zmusić do tego, aby odwrócić od niego wzrok, poświęcając mu w tej krótkiej chwili sto procent swojej uwagi.
Najchętniej od razu odciągnąłby go na bok, jednak to chyba sprowadziłoby na nich niepotrzebną uwagę, biorąc pod uwagę okoliczności. Wieść o niespodziewanej śmierci Simone rozniosła się po kręgach towarzyskich społeczności. Chyba nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Jeszcze parę dni temu do nich pisałem, pomyślał Erik, wracając do dnia, w którym wypisywał spersonalizowane zaproszenia.
— Postaram się Ciebie później znaleźć — obiecał Elliottowi przyciszonym głosem, gdy duet Malfoy-Lestrange był zmuszony ustąpić miejsca kolejnym gościom. Młody Longbottom czuł się w obowiązku przynajmniej odbyć z nim krótką rozmowę, by upewnić się, że czuje się na tyle dobrze, by wziąć udział w imprezie. Nie miał pojęcia, czy to poczucie obowiązku go tu przywiodło, czy potrzeba zapomnienia o ostatnich wydarzeniach.
Następny w kolejce był Perseusz Black, któremu towarzyszyła jasnowłosa Eunice. Erik skłonił przed nimi z poszanowaniem głowę na powitanie, zachowując zasady ogólnie stosowanej etykiety.
— Wyrazy współczucia. Naprawdę doceniamy, że udało się wam przybyć, biorąc pod uwagę okoliczności — odparł po powitaniu pary. Czyżby poczucie obowiązki i pokazania siły rodziny było w nich tak silne? Cóż, nie byłoby to zbytnio zaskakujące. — W imieniu swoim i reszty rodziny dziękuję za przekazane fanty. Mam nadzieję, że uda wam się znaleźć na licytacji coś dla siebie i chociaż na chwilę... Cóż. Odsapniecie.
Uśmiechnął się słabo, po raz kolejny zniżając przed nimi z szacunkiem głowę, mentalnie przygotowując się na to, że czeka ich nie lada ciężki wieczór. Nagle problemy organizacyjne, czy wszelkie niedociągnięcia estetyczne spadły na sam koniec listy priorytetów. Zdecydowanie trzeba było wziąć poprawkę na to, że część gości mogła być nieco... nie w sosie. Merlinie, miej nas wszystkich w swojej opiece, pomyślał.
Na szczęście, jakby chcąc w ten sposób wnieść promyk nadziei do ich wieczoru, następna w kolejce była Cecylia. Na jej widok, Erikowi automatycznie rozświetliła się twarz, a kąciki ust wygięły się ku górze.
— Może i urosłem — odparł dyplomatycznie, przekrzywiając minimalnie czubek głowy w bok. — A może to ty zmalałaś? Chociaż w sumie nie ma to dużego znaczenia, na bar...
Nie zdążył nawet dokończyć myśli, gdyż dziewczyna od razu zwróciła się ku Brennie, wychwalając jej sukienkę. Mężczyzna wyprostował się automatycznie, sprawiając, że wydawał się jeszcze wyższy niż chwilę temu. Przecież wyglądał wcale nie gorzej od swojej siostry, co było w dużej mierze dobrze skrojonego garnituru. Czyż również nie zasługiwał na jakiś komplement?
Zmarszczył brwi, widząc konsternację Cecylki i podążył za nią wzrokiem, gdzie jego spojrzenie padło na Cedrica Lupina. Czy. On. Tutaj. Przybył. Prosto. Z. Sali. Operacyjnej.
— Słodka Morgano — mruknął do Brenny, zerkając na siostrę kątem oka.
Chyba nie tak wyobrażała sobie te całe zaręczyny, do których miało dojść w ciągu najbliższych kilku godzin. Na szczęście oni nie musieli doprowadzać Cedrica do porządku, ponieważ zajęły się tym Dora na spółkę z Cecylią. Dobrze mieć takich przyjaciół, pomyślał, ciesząc się, że zebrali tutaj tak dobrze współpracującą ze sobą siatkę znajomych.
Pokręcił głową, starając się odpędzić negatywne myśli i skupić się na kolejnych gościach. Następny w kolejce był Atreus Bulstrode oraz nieznana Erikowi kobieta, która została przedstawiona jako Elaine. Ukłonił się przed nimi, wymieniając uprzejmościami. Z lekkim zdziwieniem przyjął nieobecność, a może tylko tymczasowo spóźnienie Oriona. Czyż i do niego nie wystosowali zaproszenia?
— Przyjemność po naszej stronie. To zaszczyt was tutaj dzisiaj gościć — powiedział Erik. — Mamy nadzieję, że będziecie się dobrze bawić i zostaną wam po tej nocy same miłe wspomnienia.
Uśmiechnął się zdawkowo. Twarz już mu się powoli zaczynała męczyć od wymieniania tych uprzejmości, jednak taki był jego los. Nie mógł go odrzucić, mógł to tylko zaakceptować i postarać się wypełnić powierzoną mu rolę najlepiej jak tylko umiał. Uwielbiał takie zobowiązania. Naprawdę.
Kiedy dołączyła do nich Seraphina Prewett, Erik nachylił się nieco, aby ułatwić im powitanie. Bądź co bądź, mógł z powodzeniem zaliczać się do niskich pół-olbrzymów, więc musiał nieco pomóc znajomej, która mierzyła prawie trzydzieści centymetrów mniej niż on.
— Ah, widzę, że moja reputacja zaczęła mnie wyprzedzać. Dobrze wiedzieć, że moja ukochana siostrzyczka tak dba o moje dobre imię w towarzystwie — mruknął z udawaną naganą skierowaną w stronę błędy. Na wieść o tym, że kobieta przyleciała do nich na abraksanie, lekko zdębiał. Z drugiej strony, musieli brać pod uwagę takie szczegóły, organizując event skierowany do tak dużego grona czarodziejów i czarownic. Pokiwał głową w pełnym zdecydowanie geście. — Dziękujemy za informację. Za chwilę przekażę, aby wytoczono dla niego jedną z beczek. Nie możemy pozwolić, aby tkwił tam resztę wieczoru o suchym pysku.
Zniknął na moment, dając znać Brennie, że za chwilę wróci. Wycofał się do jednego z bocznych pomieszczeń i wezwał do siebie skrzata domowego, który tego dnia zza kulis miał kontrolować sytuację na terenie rezydencji i informować ich o jakkolwiek podejrzanych incydentach. Mężczyzna wytłumaczył skrzatowi, co ma zrobić, aby zapewnić czekającemu na zewnątrz abraksanowi godziwe warunki, a następnie wrócił na swoje honorowe miejsce, akurat, gdy na horyzoncie pojawiła się Ashling.
— Miło cię widzieć, Ash! — Uścisnął ją krótko na powitanie, wracając krótko myślami do ich ostatniej rozmowy w Ministerstwie Magii. Nie uszło jego uwadze, że pojawiła się sama, toteż zapisał w głowie mentalną notatkę, aby w razie czego sprawdzić, czy dziewczyna dobrze się bawi, gdy organizowane przez nich wydarzenie nieco się rozluźni. — W okolicy kręci się parę osób z departamentu, jeśli chcesz złapać kogoś z pracy. Wydaje mi się, że Alastor powinien być na którejś sali...
Pokiwał głową na mowę powitalną w wykonaniu Sacharissy Macmillan.
— Tym bardziej doceniamy Twoją obecność tutaj, Sacharisso. Koniecznie pozdrów męża i przekaż mu, że koniecznie musi się pojawić na kolejnym przyjęciu. Jeszcze trochę i zaczniemy za nim poważnie tęsknić! — Uśmiechnął się, odwzajemniając gest kobiety. Zamrugał zdziwiony na wzmiankę o Eden, gdyż była to prawdopodobnie jedna z najbardziej entuzjastycznych reakcji na pannę Lestrange, jaką widział... od dłuższego czasu.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞