08.08.2023, 10:38 ✶
Brenna sunęła pomiędzy bawiącymi się, rozglądając się za znajomymi. To był Hogwart, taki, jakim go zapamiętała. Nocne niebo nad głową – zaklęty sufit, pokazujący nieboskłon. Dźwięki muzyki. Płonące świece. Kolorowe szaty, trochę inne od tego, co oglądało się tu na co dzień, sprawiające, że sala, zwykle zalana morzem czerni, zdawała się zatłoczona bardziej niż zwykle – chociaż było tu przecież ledwo kilkadziesiąt osób.
I wtedy wzrok Brenny padł na scenę, rozgrywającą się pod ścianą. W samą porę, by zobaczyć, jak krępy, ciemnowłosy mężczyzna, obcy, bo nie znała go ani jako nastolatka, ani jako dorosła kobieta, przyciska Lestrange do kamiennej powierzchni, dłonie zaciska na jej gardle…
To było dziwne: dziwne, że ktoś atakował Victorię w Wielkiej Sali i że nikt na to nie reagował. Ale Brenna w tej chwili się nad tym nie zastanawiała. Zareagowała instynktownie. Natychmiast wyszarpnęła z kieszeni różdżkę.
- Depulso!!! - zawołała, nie próbując bawić się w magię niewerbalną, bo jakaś jej część wciąż wierzyła, że ma osiemnaście lat i dopiero od niedawna trenuje takie zaklęcia...
Człowiek, który dopadł Lestrange, chyba się tego nie spodziewał. Zdawał się pewien, że nikt mu nie przeszkodzi, a może tylko był zbyt pochłonięty próbą morderstwa, aby się rozglądać? Czar Brenny odrzucił go, sprawił, że ten przeleciał w powietrzu i uderzył w najbliższe stoły. A Brenna ruszyła biegiem ku Victorii, wciąż z różdżką w ręku.
I wciąż nikt nie reagował. Brenna przepychała się pomiędzy tańczącymi, i dopiero teraz gdzieś w jej głowie zaczęła odbijać się myśl, że coś jest nie tak, coś jest bardzo nie tak.
- Drętwota! - krzyknęła jeszcze, ponownie celując tam, gdzie ledwo co był napastnik, chociaż zaklęcie... trafiło w pustkę. Ciemnowłosy mężczyzna znikł jej gdzieś z oczu. Rozpłynął się w niebycie, czy tylko potoczył pod najbliższy stolik? Brenna nie patrzyła już jednak za nim, dobiegła do Ślizgonki, palce prawej dłoni zaciskając na różdżce, lewą sięgnęła ku niej. Była przytomna, dzięki bogini, nie osunęła się na ziemię bez życia... - Tori? Tori, nic ci nie jest? – spytała, spoglądając ku szyi dziewczyny. – Potrzebujesz uzdrowiciela?
I wtedy wzrok Brenny padł na scenę, rozgrywającą się pod ścianą. W samą porę, by zobaczyć, jak krępy, ciemnowłosy mężczyzna, obcy, bo nie znała go ani jako nastolatka, ani jako dorosła kobieta, przyciska Lestrange do kamiennej powierzchni, dłonie zaciska na jej gardle…
To było dziwne: dziwne, że ktoś atakował Victorię w Wielkiej Sali i że nikt na to nie reagował. Ale Brenna w tej chwili się nad tym nie zastanawiała. Zareagowała instynktownie. Natychmiast wyszarpnęła z kieszeni różdżkę.
- Depulso!!! - zawołała, nie próbując bawić się w magię niewerbalną, bo jakaś jej część wciąż wierzyła, że ma osiemnaście lat i dopiero od niedawna trenuje takie zaklęcia...
Człowiek, który dopadł Lestrange, chyba się tego nie spodziewał. Zdawał się pewien, że nikt mu nie przeszkodzi, a może tylko był zbyt pochłonięty próbą morderstwa, aby się rozglądać? Czar Brenny odrzucił go, sprawił, że ten przeleciał w powietrzu i uderzył w najbliższe stoły. A Brenna ruszyła biegiem ku Victorii, wciąż z różdżką w ręku.
I wciąż nikt nie reagował. Brenna przepychała się pomiędzy tańczącymi, i dopiero teraz gdzieś w jej głowie zaczęła odbijać się myśl, że coś jest nie tak, coś jest bardzo nie tak.
- Drętwota! - krzyknęła jeszcze, ponownie celując tam, gdzie ledwo co był napastnik, chociaż zaklęcie... trafiło w pustkę. Ciemnowłosy mężczyzna znikł jej gdzieś z oczu. Rozpłynął się w niebycie, czy tylko potoczył pod najbliższy stolik? Brenna nie patrzyła już jednak za nim, dobiegła do Ślizgonki, palce prawej dłoni zaciskając na różdżce, lewą sięgnęła ku niej. Była przytomna, dzięki bogini, nie osunęła się na ziemię bez życia... - Tori? Tori, nic ci nie jest? – spytała, spoglądając ku szyi dziewczyny. – Potrzebujesz uzdrowiciela?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.