08.08.2023, 14:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2023, 14:01 przez Brenna Longbottom.)
Wyciągnęła rękę odruchowo, chcąc podeprzeć Victorię, gdyby ta miała problem ze wstaniem. Jedną, bo nie, wciąż nie wypuszczała różdżki. Zaciskała na niej palce niemalże konwulsyjnie, bo to, że ktoś właśnie zaatakował Victorię w Hogwarcie i że nikt na to nie reagował, wstrząsało nią nawet we śnie – chociaż dalej nie zdawała sobie sprawy, że to jest sen. Nie widziała już napastnika, ale to wcale jej nie uspokajało. Mogło przecież oznaczać, że ten człowiek jest wszędzie, że zaraz napadnie znowu je albo kogoś innego…
– Oczywiście, że widziałam – odparła. Twarz miała bladą, a coś w niej ścisnęło się, kiedy dostrzegła w oczach Victorii łzy i uświadomiła sobie, że ta z trudem mówi. Nie rozumiała, dlaczego inni zdawali się go nie dostrzegać. Nawet teraz wciąż tańczyli wokół nich, jakby one nie istniały. Panika budziła się w sercu Brenny, ale to, że strach był obecny, nie znaczyło, że Brenna planowała mu ulec. – Znasz go? Nie wiem, kto to. Nigdy go nie spotkałam – powiedziała.
Jeżeli to byłaby rzeczywistość, pewnie natychmiast próbowałaby sprawdzić, czy innych nie zauroczono, czy ten człowiek gdzieś się tu nie czai. Ale była we śnie i nie wiedziała nawet, że wcale nie ma osiemnastu lat. Wolną ręką objęła więc po prostu Victorię, choć jej wzrok wciąż błądził po tłumie, jakby oczekiwała, że z którejś strony zaraz nadejdzie niebezpieczeństwo. Nie było mowy, aby zostawiła dziewczynę samą w takim stanie. Nie, kiedy ten człowiek wciąż mógł jej zagrozić…
– Pewnie, kochanie. Chodź, idziemy stąd. Możemy poszukać… poszukamy dyrektora… On będzie wiedział, co zrobić – zaproponowała. Dezorientacja i poczucie zagrożenia jej nie opuszczały, a myśli plątały się. Jakaś część Brenny jednak zawsze, teraz i wtedy, wierzyła, że Albus Dumbledore ma rozwiązanie na każdy problem, że sprosta każdemu zagrożeniu. Kogo miałyby szukać w takiej sytuacji, jeżeli nie jego? Nawet we śnie to u niego chciała szukać pomocy. Może nawet bardziej niż na jawie, bo na jawie była dorosłą, która sama powinna być oparciem, nie nastolatką, mogącą prosić o wsparcie… – Zrobił ci coś poważnego? Potrzebujesz uzdrowiciela? – zapytała, ciągnąc Victorię w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Mogłoby się wydawać, że w takiej sytuacji lepiej pozostać pośród ludzi, ale obojętność otaczających je tłumu tylko jeszcze bardziej Brennę przerażała. A pośród ludzi znacznie łatwiej ukryć się mordercy… Zacisnęła uścisk, jakby chciała osłonić Lestrange przed potencjalnym zagrożeniem.
Pchnęła drzwi wejściowe nogą i łokciem. Muzyka, która nagle zdała się Brennie raczej upiorna niż piękna, umilkła.
– Oczywiście, że widziałam – odparła. Twarz miała bladą, a coś w niej ścisnęło się, kiedy dostrzegła w oczach Victorii łzy i uświadomiła sobie, że ta z trudem mówi. Nie rozumiała, dlaczego inni zdawali się go nie dostrzegać. Nawet teraz wciąż tańczyli wokół nich, jakby one nie istniały. Panika budziła się w sercu Brenny, ale to, że strach był obecny, nie znaczyło, że Brenna planowała mu ulec. – Znasz go? Nie wiem, kto to. Nigdy go nie spotkałam – powiedziała.
Jeżeli to byłaby rzeczywistość, pewnie natychmiast próbowałaby sprawdzić, czy innych nie zauroczono, czy ten człowiek gdzieś się tu nie czai. Ale była we śnie i nie wiedziała nawet, że wcale nie ma osiemnastu lat. Wolną ręką objęła więc po prostu Victorię, choć jej wzrok wciąż błądził po tłumie, jakby oczekiwała, że z którejś strony zaraz nadejdzie niebezpieczeństwo. Nie było mowy, aby zostawiła dziewczynę samą w takim stanie. Nie, kiedy ten człowiek wciąż mógł jej zagrozić…
– Pewnie, kochanie. Chodź, idziemy stąd. Możemy poszukać… poszukamy dyrektora… On będzie wiedział, co zrobić – zaproponowała. Dezorientacja i poczucie zagrożenia jej nie opuszczały, a myśli plątały się. Jakaś część Brenny jednak zawsze, teraz i wtedy, wierzyła, że Albus Dumbledore ma rozwiązanie na każdy problem, że sprosta każdemu zagrożeniu. Kogo miałyby szukać w takiej sytuacji, jeżeli nie jego? Nawet we śnie to u niego chciała szukać pomocy. Może nawet bardziej niż na jawie, bo na jawie była dorosłą, która sama powinna być oparciem, nie nastolatką, mogącą prosić o wsparcie… – Zrobił ci coś poważnego? Potrzebujesz uzdrowiciela? – zapytała, ciągnąc Victorię w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Mogłoby się wydawać, że w takiej sytuacji lepiej pozostać pośród ludzi, ale obojętność otaczających je tłumu tylko jeszcze bardziej Brennę przerażała. A pośród ludzi znacznie łatwiej ukryć się mordercy… Zacisnęła uścisk, jakby chciała osłonić Lestrange przed potencjalnym zagrożeniem.
Pchnęła drzwi wejściowe nogą i łokciem. Muzyka, która nagle zdała się Brennie raczej upiorna niż piękna, umilkła.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.