08.08.2023, 20:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2023, 20:49 przez Brenna Longbottom.)
Brenna odwróciła się, chcąc powiedzieć coś do Victorii… ale Victorii nie było. Mogłaby przysiąc, że odeszła tylko kilka, może kilkanaście kroków, teraz jednak widziała tylko bardzo długi regał, którego krańce wręcz ginęły w ciemności. Aż tak straciła poczucie czasu?
- Victoria?! – zawołała. Nie usłyszała krzyku Lestrange. Może był zbyt cichy, a może stało się coś innego, może dzieliła je zbyt wielka odległość… a przecież przysięgłaby, że nie odeszła aż tak daleko! Ale już dojrzała w oddali nagły błysk światła, a potem straszliwy huk dotarł do jej uszu. Brenna rzuciła się do przodu, odruchowo robiąc to, co robiła zawsze, kiedy chciała znaleźć się gdzieś szybciej: przemieniła się w skoku. I wzdłuż regału nie biegła już kobieta, a wilczyca o ciemnej sierści.
Wilczy noc był wrażliwszy niż ludzki. Zapach krwi uderzył w niego, doprowadzając do szaleństwa. Słyszała Victorię – i słyszała kogoś jeszcze, kto był tutaj. Niewiele myśląc, z warkotem, który wydarł się ze zwierzęcego gardła, przebiegła obok Lestrange i skoczyła. On też skoczył, choć nie ku Brennie, a ku Victorii. Zderzyli się w powietrzu, wilczyca i krępy mężczyzna, a potem potoczyli pomiędzy porozrzucane książki przy przewróconym regale. Brenna zatopiła kły w jego ramieniu, a on szarpnął się, chwilę później w jakiś sposób – może magią, nie widziała wyraźnie, a ciemność i czerwona mgiełka wściekłości utrudniała dostrzeżenie, co dokładnie się dzieje – zdołał zrzucić ją na ziemię. Kolejny regał, o który uderzyli w kotłowaninie, zawalił się i Longbottom umknęła spod niego w ostatniej chwili, przetaczając się już jako kobieta.
Znów nie widziała, gdzie znikł napastnik. Otaczało je na za dużo cieni.
Było tu za ciemno. Zbyt strasznie. Za wiele miejsc do ukrycia się… Miała wrażenie, że wcale nie są w bibliotece Maeve, ale w jakimś upiornym miejscu, że ten człowiek może wyłonić się z każdego ciemnego kąta. Spanikowany umysł podpowiadał jedno: uciekać. Uciekać stąd.
– Chodź! – zawołała, podrywając się. Z trudem łapała oddech, ale mimo to rzuciła się ku Victorii, chwyciła ją za rękę i pociągnęła wzdłuż regału, tam, gdzie – jak sądziła – powinno znajdować się wyjście. W ustach wciąż czuła smak krwi, a jej zapach wcale nie stał się dużo mniej intensywny teraz, kiedy na powrót stała się człowiekiem. Pod palcami też poczuła krew, i uświadomiła sobie, że Victoria jest ranna, że trzyma ją za pokrwawioną dłoń. Zwolniła, oglądając się na nią, szukając ran, chociaż instynkt wzywał do biegu, do ślepej ucieczki.
Była wilkiem.
Ale gdzieś tu był groźniejszy drapieżnik, który ruszył na polowanie. I choć we śnie Brenna nie umiała myśleć w pełni racjonalnie, poskładać tego wszystkiego w całość, zaczęło do niej docierać, że Victorię upatrzył sobie na ofiarę.
- Victoria?! – zawołała. Nie usłyszała krzyku Lestrange. Może był zbyt cichy, a może stało się coś innego, może dzieliła je zbyt wielka odległość… a przecież przysięgłaby, że nie odeszła aż tak daleko! Ale już dojrzała w oddali nagły błysk światła, a potem straszliwy huk dotarł do jej uszu. Brenna rzuciła się do przodu, odruchowo robiąc to, co robiła zawsze, kiedy chciała znaleźć się gdzieś szybciej: przemieniła się w skoku. I wzdłuż regału nie biegła już kobieta, a wilczyca o ciemnej sierści.
Wilczy noc był wrażliwszy niż ludzki. Zapach krwi uderzył w niego, doprowadzając do szaleństwa. Słyszała Victorię – i słyszała kogoś jeszcze, kto był tutaj. Niewiele myśląc, z warkotem, który wydarł się ze zwierzęcego gardła, przebiegła obok Lestrange i skoczyła. On też skoczył, choć nie ku Brennie, a ku Victorii. Zderzyli się w powietrzu, wilczyca i krępy mężczyzna, a potem potoczyli pomiędzy porozrzucane książki przy przewróconym regale. Brenna zatopiła kły w jego ramieniu, a on szarpnął się, chwilę później w jakiś sposób – może magią, nie widziała wyraźnie, a ciemność i czerwona mgiełka wściekłości utrudniała dostrzeżenie, co dokładnie się dzieje – zdołał zrzucić ją na ziemię. Kolejny regał, o który uderzyli w kotłowaninie, zawalił się i Longbottom umknęła spod niego w ostatniej chwili, przetaczając się już jako kobieta.
Znów nie widziała, gdzie znikł napastnik. Otaczało je na za dużo cieni.
Było tu za ciemno. Zbyt strasznie. Za wiele miejsc do ukrycia się… Miała wrażenie, że wcale nie są w bibliotece Maeve, ale w jakimś upiornym miejscu, że ten człowiek może wyłonić się z każdego ciemnego kąta. Spanikowany umysł podpowiadał jedno: uciekać. Uciekać stąd.
– Chodź! – zawołała, podrywając się. Z trudem łapała oddech, ale mimo to rzuciła się ku Victorii, chwyciła ją za rękę i pociągnęła wzdłuż regału, tam, gdzie – jak sądziła – powinno znajdować się wyjście. W ustach wciąż czuła smak krwi, a jej zapach wcale nie stał się dużo mniej intensywny teraz, kiedy na powrót stała się człowiekiem. Pod palcami też poczuła krew, i uświadomiła sobie, że Victoria jest ranna, że trzyma ją za pokrwawioną dłoń. Zwolniła, oglądając się na nią, szukając ran, chociaż instynkt wzywał do biegu, do ślepej ucieczki.
Była wilkiem.
Ale gdzieś tu był groźniejszy drapieżnik, który ruszył na polowanie. I choć we śnie Brenna nie umiała myśleć w pełni racjonalnie, poskładać tego wszystkiego w całość, zaczęło do niej docierać, że Victorię upatrzył sobie na ofiarę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.