05.11.2022, 21:50 ✶
Musiała przyznać, że były plusy i minusy całej tej sytuacji.
Minusy: jakoś głupio było się dobrze bawić na balu, kiedy nie dalej niż tydzień temu twoja bratowa popełniła samobójstwo. Wydawało się to być jakieś nie na miejscu nawet dla Eden, więc musiała zebrać wszelkie pozostałości empatii, jakie jeszcze ostały się w jej duszy, co by wydawać się przekonująco smutna. Dlatego dzisiejszego wieczoru wydawała się co najwyżej poruszona, bo prawdę powiedziawszy, nie była w żałobie, tylko w szoku.
Plusy: była tak odklejona od rzeczywistości przez ostatni tydzień, że jakimś cudem pogodziła się z mężem. Nie wiedziała, na jak długo i było jej wybitnie wstyd, że osiągnęła to za pomocą drugiego w swoim życiu załamania nerwowego (pierwszego ze świadkami) jak jakaś histeryczka, ale trzeba się cieszyć chwilą. Toteż tym razem obyło się bez większych protestów Williama, które zawsze pojawiały się, gdy Eden oświadczała mu, iż musi wyjść z domu do ludzi i to jeszcze w jej towarzystwie; jakimś cudem dotarli tu bez scysji. Oczywiście nie obyło się bez frustracji, bo bez pomocy żony pan Lestrange przyszedłby tu ubrany w absolutnie losowo wyjęte z szafy ubrania, które wydawały mu się cokolwiek wyjściowe. A to, że każdy element był od innego zestawu, źle założony i pomięty tak, jakby wyjął go krowie z gardła, a nie z komody, to już mniejsza.
Przynajmniej obeszło się bez zawiązywania mu butów.
- Obiecuję ci, zjemy coś dobrego, wylicytuję coś ładnego, a potem wracamy do domu - powiedziała do męża, łapiąc jego dłoń. Spojrzała mu w oczy, jakby chciała szczerze przyrzec, że naprawdę to tylko kilka godzin cierpienia i potem sobie spokojnie wróci do babrania się w eliksirach i innych alchemicznych rzeczach. Nieco zmiękła przez ich kłótnię, więc ewidentnie szła mu na rękę. Gdyby ten bal miał miejsce jeszcze dwa tygodnie temu, powiedziałaby mu, żeby nie jęczał jak przedszkolak, który chce do domu bawić się klockami, tylko usiadł przy stole i się czymś zajął, bo nikt z nim wracał nie będzie w środku imprezy. Teraz widziała, że była chyba jednak troszeczkę niemiła dla swojego małżonka w przeszłości, ale nadal uważała, że było to w pełni uzasadnione. Jeszcze nie dotarła do tego momentu, w którym czuje wyrzuty sumienia, a przynajmniej nie z tego powodu. Zresztą, gdyby przyszły, to prawdopodobnie by ich nie poznała i uznała za niestrawność po mleku.
Nie założyła kolorów żałobnych, bo wyszła z założenia, że przecież to nie jej umarła żona. Niemniej zdecydowała się fiolet, żeby chociaż względnie uderzać w klimaty tęsknoty za zmarłym. Wyglądała jak milion galeonów, prawdopodobnie niewiele mniej kosztowała ta sukienka. Miała wrażenie, że dół sukni, który sunął po podłodze Longbottomów, to najdroższe, co kiedykolwiek jej dotknęło.
- Dobry wieczór, Ro... - urwała. Nie, Eden, nie godzi się dokuczać gospodyni już na wejściu. - Longbottom. Dziękujęmy za zaproszenie - zreflektowała się, posyłając Brennie najbardziej fałszywy uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć. Będzie na to jeszcze czas dwie lampki wina później. - Wspaniały wystrój, widok zapiera dech - rzuciła, tym razem patrząc na Erika. Teraz uśmiechnęła się szelmowsko, uniosła brwi zuchwale, po czym szybko uciekła wzrokiem, by przenieść go na męża. - Mam nadzieję, że znacie Williama? Jednak udało mi się go wydobyć zza fiolek i probówek. - Załapała męża pod ramię, obejmując je obydwoma rękoma i przybliżając się ciałem. Albo robiła wszystko, żeby wyglądali na kochającą się parę, albo faktycznie tak było. Obecnie ciężko było szczerze na to odpowiedzieć.
Pozwoliła im na wymianę uprzejmości, lecz ciągle rozglądała się po sali. Ot, naturalna reakcja wiecznie ciekawskiej pani Lestrange, która musiała wiedzieć o wszystkim i wszystkich zawczasu, żeby przygotować się na każdą możliwą ewentualność. Nie chciała wpaść przypadkowo na kogoś, z kim absolutnie nie chciała się widzieć (a było kilka takich osób), więc jeśli ktoś taki znajdował się na sali, wolała już na początku wiedzieć, gdzie, żeby unikać takowe otoczenie.
Wtedy mniej więcej wzrok Eden odnalazł kogoś, kto z pozorów nie powinien mieć z nią absolutnie nic wspólnego.
Oniemiała widząc Idę w tej sukience. Uśmiechnęła się głupio sama do siebie, widząc, jak jedno ramiączko ciągle próbuje się zsunąć z jej ramienia. No i wszędzie poznałaby te buty; nigdy nie zapomina o prezentach, które wręczała innym z serca.
Próbowała nawiązać z nią kontakt wzrokowy nieco za długo. Prawdę mówiąc, nosiło ją przez kilka nienaturalnie długich momentów, by podejść i przyjrzeć się jej z bliska, ale wtedy do głosu wreszcie doszedł zdrowy rozsądek i przypomniał Eden, że właśnie stoi ramię w ramię z mężem, któremu dosłownie trzy dni temu robiła wyrzuty, że im się związek posypał z powodu jego braku zainteresowania.
Zamrugała gwałtowne, wracając do zmysłów. Jeśli ktoś coś do niej mówił przez ostatnie pół minuty, nie zostało to zarejestrowane.
- Wybaczcie, zamyśliłam się. Ostatni tydzień był ciężki - wyznała, zręcznie zasłaniając się białym kłamstewkiem. A może półprawdą? Przecież nie kłamała tak naprawdę, obydwa stwierdzenia zgadzały się z prawdą. Po prostu nie wspomniała, co tak zajęło jej myśli. - Chodźmy, chciałabym przywitać się z Sachy - rzuciła do Williama, pociągając go w stronę tłumu. Wcześniej w liście obiecała Sacharissie, że złapie ją na balu - nie mogła jej odmówić plotkowania podczas tak szczególnej okazji. Ponadto Macmillan stała w pewnej odległości od obiektu westchnień Eden, więc przynajmniej będzie mogła ochłonąć. I skupić się na czymkolwiek.
Minusy: jakoś głupio było się dobrze bawić na balu, kiedy nie dalej niż tydzień temu twoja bratowa popełniła samobójstwo. Wydawało się to być jakieś nie na miejscu nawet dla Eden, więc musiała zebrać wszelkie pozostałości empatii, jakie jeszcze ostały się w jej duszy, co by wydawać się przekonująco smutna. Dlatego dzisiejszego wieczoru wydawała się co najwyżej poruszona, bo prawdę powiedziawszy, nie była w żałobie, tylko w szoku.
Plusy: była tak odklejona od rzeczywistości przez ostatni tydzień, że jakimś cudem pogodziła się z mężem. Nie wiedziała, na jak długo i było jej wybitnie wstyd, że osiągnęła to za pomocą drugiego w swoim życiu załamania nerwowego (pierwszego ze świadkami) jak jakaś histeryczka, ale trzeba się cieszyć chwilą. Toteż tym razem obyło się bez większych protestów Williama, które zawsze pojawiały się, gdy Eden oświadczała mu, iż musi wyjść z domu do ludzi i to jeszcze w jej towarzystwie; jakimś cudem dotarli tu bez scysji. Oczywiście nie obyło się bez frustracji, bo bez pomocy żony pan Lestrange przyszedłby tu ubrany w absolutnie losowo wyjęte z szafy ubrania, które wydawały mu się cokolwiek wyjściowe. A to, że każdy element był od innego zestawu, źle założony i pomięty tak, jakby wyjął go krowie z gardła, a nie z komody, to już mniejsza.
Przynajmniej obeszło się bez zawiązywania mu butów.
- Obiecuję ci, zjemy coś dobrego, wylicytuję coś ładnego, a potem wracamy do domu - powiedziała do męża, łapiąc jego dłoń. Spojrzała mu w oczy, jakby chciała szczerze przyrzec, że naprawdę to tylko kilka godzin cierpienia i potem sobie spokojnie wróci do babrania się w eliksirach i innych alchemicznych rzeczach. Nieco zmiękła przez ich kłótnię, więc ewidentnie szła mu na rękę. Gdyby ten bal miał miejsce jeszcze dwa tygodnie temu, powiedziałaby mu, żeby nie jęczał jak przedszkolak, który chce do domu bawić się klockami, tylko usiadł przy stole i się czymś zajął, bo nikt z nim wracał nie będzie w środku imprezy. Teraz widziała, że była chyba jednak troszeczkę niemiła dla swojego małżonka w przeszłości, ale nadal uważała, że było to w pełni uzasadnione. Jeszcze nie dotarła do tego momentu, w którym czuje wyrzuty sumienia, a przynajmniej nie z tego powodu. Zresztą, gdyby przyszły, to prawdopodobnie by ich nie poznała i uznała za niestrawność po mleku.
Nie założyła kolorów żałobnych, bo wyszła z założenia, że przecież to nie jej umarła żona. Niemniej zdecydowała się fiolet, żeby chociaż względnie uderzać w klimaty tęsknoty za zmarłym. Wyglądała jak milion galeonów, prawdopodobnie niewiele mniej kosztowała ta sukienka. Miała wrażenie, że dół sukni, który sunął po podłodze Longbottomów, to najdroższe, co kiedykolwiek jej dotknęło.
- Dobry wieczór, Ro... - urwała. Nie, Eden, nie godzi się dokuczać gospodyni już na wejściu. - Longbottom. Dziękujęmy za zaproszenie - zreflektowała się, posyłając Brennie najbardziej fałszywy uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć. Będzie na to jeszcze czas dwie lampki wina później. - Wspaniały wystrój, widok zapiera dech - rzuciła, tym razem patrząc na Erika. Teraz uśmiechnęła się szelmowsko, uniosła brwi zuchwale, po czym szybko uciekła wzrokiem, by przenieść go na męża. - Mam nadzieję, że znacie Williama? Jednak udało mi się go wydobyć zza fiolek i probówek. - Załapała męża pod ramię, obejmując je obydwoma rękoma i przybliżając się ciałem. Albo robiła wszystko, żeby wyglądali na kochającą się parę, albo faktycznie tak było. Obecnie ciężko było szczerze na to odpowiedzieć.
Pozwoliła im na wymianę uprzejmości, lecz ciągle rozglądała się po sali. Ot, naturalna reakcja wiecznie ciekawskiej pani Lestrange, która musiała wiedzieć o wszystkim i wszystkich zawczasu, żeby przygotować się na każdą możliwą ewentualność. Nie chciała wpaść przypadkowo na kogoś, z kim absolutnie nie chciała się widzieć (a było kilka takich osób), więc jeśli ktoś taki znajdował się na sali, wolała już na początku wiedzieć, gdzie, żeby unikać takowe otoczenie.
Wtedy mniej więcej wzrok Eden odnalazł kogoś, kto z pozorów nie powinien mieć z nią absolutnie nic wspólnego.
Oniemiała widząc Idę w tej sukience. Uśmiechnęła się głupio sama do siebie, widząc, jak jedno ramiączko ciągle próbuje się zsunąć z jej ramienia. No i wszędzie poznałaby te buty; nigdy nie zapomina o prezentach, które wręczała innym z serca.
Próbowała nawiązać z nią kontakt wzrokowy nieco za długo. Prawdę mówiąc, nosiło ją przez kilka nienaturalnie długich momentów, by podejść i przyjrzeć się jej z bliska, ale wtedy do głosu wreszcie doszedł zdrowy rozsądek i przypomniał Eden, że właśnie stoi ramię w ramię z mężem, któremu dosłownie trzy dni temu robiła wyrzuty, że im się związek posypał z powodu jego braku zainteresowania.
Zamrugała gwałtowne, wracając do zmysłów. Jeśli ktoś coś do niej mówił przez ostatnie pół minuty, nie zostało to zarejestrowane.
- Wybaczcie, zamyśliłam się. Ostatni tydzień był ciężki - wyznała, zręcznie zasłaniając się białym kłamstewkiem. A może półprawdą? Przecież nie kłamała tak naprawdę, obydwa stwierdzenia zgadzały się z prawdą. Po prostu nie wspomniała, co tak zajęło jej myśli. - Chodźmy, chciałabym przywitać się z Sachy - rzuciła do Williama, pociągając go w stronę tłumu. Wcześniej w liście obiecała Sacharissie, że złapie ją na balu - nie mogła jej odmówić plotkowania podczas tak szczególnej okazji. Ponadto Macmillan stała w pewnej odległości od obiektu westchnień Eden, więc przynajmniej będzie mogła ochłonąć. I skupić się na czymkolwiek.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~