08.08.2023, 22:43 ✶
Doskonale rozumiała, co miał na myśli mówiąc „i ciebie”. Nie pomyślała o tym wcześniej, nie miała prawa pomyśleć, gdy sama była tak bardzo spanikowana. Jak mogłaby w takim stanie dopatrzeć się tutaj jakiegoś podobieństwa, pojąć, co dla niego oznaczał Ale kiedy wypowiedział te słowa, zrozumiała natychmiast.
Clare.
Florence miała wrażenie, że jej cień jest zawsze obecny przy Stewardzie, że nie wyszedł z niego i pewnie nigdy nie wyjdzie. Ludzie przeżywali żałobę, z czasem godzili się ze stratą, ale w jego przypadku było inaczej. Kordelia Avery tkwiła w nim jak cierń. Może z powodu tego ciernia Florence nigdy nie spojrzała na niego inaczej niż jak na przyjaciela – bo zawsze Clare była obok, a gdy już jej nie było, to w głowie Florence… pozostawała w pobliżu. I gdzieś na dnie umysłu uzdrowicielki czaiła się myśl, że nigdy więcej nie byłaby niczym więcej niż zastępstwem. Za tę weselszą, bardziej uroczą, bardziej utalentowaną, bardziej lubianą Krukonkę – której jednak Florence zwykle wcale nie zazdrościła, bo być taka jak ona, musiałaby odrzucić stal, jaką w sobie nosiła. Ktoś taki jak Florence nie potrafiłby zaakceptować roli zastępstwa. Nie mógłby walczyć z duchem. Właśnie dlatego nawet nie przyszłoby jej do głowy przekroczenie jakichkolwiek granic.
Może zapomniała o tym na sekundę albo dwie przez ognie Beltane. I może to przez te ognie poczuła coś, jakby odrobinę żalu, gdy już sobie przypomniała. Ale kiedy przeszli parę kroków ku lądowi, wciąż spleceni w uścisku, kiedy woda nie zalewała ją już dalej niż do pasa, uniosła wreszcie głowę i spojrzała na Patricka. Spojrzenie znów miała przytomne i spokojnie, przynajmniej pozornie. Teraz umiała już zdusić własny strach i skupić się na tym jego. Zakorzenionym znacznie głębiej niż lęk Florence, bo wynikającym z głębokiego poczucia straty.
Był jej przyjacielem. Najlepszym przyjacielem. Może nawet bratnią duszą. I powinna go wspierać, nie dodawać zmartwień, kiedy wszystko w jego życiu zdawało się coraz bardziej walić.
– Jestem tutaj. Nigdzie się nie wybieram. Nie zabierze mnie żadna woda. Uratowałeś mnie. Wszystko będzie dobrze, Patrick – obiecała, na moment ściskając go mocniej, zanim pozwoliła, by się cofnął. Objęła się ramionami, drżąc z zimna, bo była teraz przemoczona od stóp do głów, a wciąż wiał chłodny wiatr. Spódnica przylepiła się do nóg, włosy przylgnęły do policzków i szyi, i Florence Bulstrode teraz na pewno nie wyglądała idealnie: prawdę mówiąc większość znajomych pewnie by jej nie poznała. Wciąż czuła się trochę słaba, w końcu po głowie odbijała się jej myśl, że mogła nie wyjść z tej wody żywa, ale nie chciała taka mokra siadać na piasku.
Milczała, kiedy osuszył ją zaklęciem, rozejrzała się tylko, zarówno za własną różdżką, jak i by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Nie odzywała się, gdy spoglądał w stronę morza. I kiedy ruszył ku molo, patrzyła za Patrickiem, ale, choć miała ochotę prosić, by nie odchodził, nie zrobiła tego i nie próbowała pójść za nim. Bo przecież ta kurtka może była tylko pretekstem – może choć przez chwilę chciał być sam. Potrzebował czasu, by okiełznać wszystkie demony, jakie ta sytuacja obudziła w jego głowie.
Wciąż czuła na wargach smak soli. W jej uszach rozbrzmiewał szum fal, krzyk mew i echo pieśni wodnej istoty.
Clare.
Florence miała wrażenie, że jej cień jest zawsze obecny przy Stewardzie, że nie wyszedł z niego i pewnie nigdy nie wyjdzie. Ludzie przeżywali żałobę, z czasem godzili się ze stratą, ale w jego przypadku było inaczej. Kordelia Avery tkwiła w nim jak cierń. Może z powodu tego ciernia Florence nigdy nie spojrzała na niego inaczej niż jak na przyjaciela – bo zawsze Clare była obok, a gdy już jej nie było, to w głowie Florence… pozostawała w pobliżu. I gdzieś na dnie umysłu uzdrowicielki czaiła się myśl, że nigdy więcej nie byłaby niczym więcej niż zastępstwem. Za tę weselszą, bardziej uroczą, bardziej utalentowaną, bardziej lubianą Krukonkę – której jednak Florence zwykle wcale nie zazdrościła, bo być taka jak ona, musiałaby odrzucić stal, jaką w sobie nosiła. Ktoś taki jak Florence nie potrafiłby zaakceptować roli zastępstwa. Nie mógłby walczyć z duchem. Właśnie dlatego nawet nie przyszłoby jej do głowy przekroczenie jakichkolwiek granic.
Może zapomniała o tym na sekundę albo dwie przez ognie Beltane. I może to przez te ognie poczuła coś, jakby odrobinę żalu, gdy już sobie przypomniała. Ale kiedy przeszli parę kroków ku lądowi, wciąż spleceni w uścisku, kiedy woda nie zalewała ją już dalej niż do pasa, uniosła wreszcie głowę i spojrzała na Patricka. Spojrzenie znów miała przytomne i spokojnie, przynajmniej pozornie. Teraz umiała już zdusić własny strach i skupić się na tym jego. Zakorzenionym znacznie głębiej niż lęk Florence, bo wynikającym z głębokiego poczucia straty.
Był jej przyjacielem. Najlepszym przyjacielem. Może nawet bratnią duszą. I powinna go wspierać, nie dodawać zmartwień, kiedy wszystko w jego życiu zdawało się coraz bardziej walić.
– Jestem tutaj. Nigdzie się nie wybieram. Nie zabierze mnie żadna woda. Uratowałeś mnie. Wszystko będzie dobrze, Patrick – obiecała, na moment ściskając go mocniej, zanim pozwoliła, by się cofnął. Objęła się ramionami, drżąc z zimna, bo była teraz przemoczona od stóp do głów, a wciąż wiał chłodny wiatr. Spódnica przylepiła się do nóg, włosy przylgnęły do policzków i szyi, i Florence Bulstrode teraz na pewno nie wyglądała idealnie: prawdę mówiąc większość znajomych pewnie by jej nie poznała. Wciąż czuła się trochę słaba, w końcu po głowie odbijała się jej myśl, że mogła nie wyjść z tej wody żywa, ale nie chciała taka mokra siadać na piasku.
Milczała, kiedy osuszył ją zaklęciem, rozejrzała się tylko, zarówno za własną różdżką, jak i by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Nie odzywała się, gdy spoglądał w stronę morza. I kiedy ruszył ku molo, patrzyła za Patrickiem, ale, choć miała ochotę prosić, by nie odchodził, nie zrobiła tego i nie próbowała pójść za nim. Bo przecież ta kurtka może była tylko pretekstem – może choć przez chwilę chciał być sam. Potrzebował czasu, by okiełznać wszystkie demony, jakie ta sytuacja obudziła w jego głowie.
Wciąż czuła na wargach smak soli. W jej uszach rozbrzmiewał szum fal, krzyk mew i echo pieśni wodnej istoty.