08.08.2023, 23:45 ✶
Oczy Brenny otworzyły się szerzej, gdy zobaczyła rany. Odruchowo puściła pokaleczoną dłoń, kiedy Victoria usiłowała złapać oddech. A potem bez wahania pobiegła za nią: bo co innego miała zrobić? Nie chciała zostawiać Lestrange, gdy ktoś na nią polował. I nie chciała zostać sama w tym upiornym miejscu. Nie zrozumiała, o co chodzi z eliksirami, ale w tej chwili nie było to ważne. Najchętniej zatrzymałaby się na dłużej, spróbowała opatrzeć te rany… lepiej było jednak zająć się tym, kiedy będą bezpieczne.
- Nic nie rozumiem, Tori – przyznała bezwiednie, kiedy szła za Victorią. Nie gadała tyle, ile zwykle: ale i nic nadzwyczajnego. Nie były w sytuacji, w której nawet Brenna mogłaby radośnie paplać. Wciąż trzymała uniesioną różdżkę i omiatała spojrzeniem każdy kąt, jakby oczekiwała, że ciemnowłosy mężczyzna znów się pojawi. Zaatakuje. – Byłam w Kniei. A potem w Hogwarcie. A teraz tutaj. To niemożliwe? Ktoś nas zauroczył?
Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że tak… to nie jest naturalne. Wcześniej się na tym nie zastanawiała. Tak jak nie zastanawiałaby się w zwykłym śnie, dlaczego świat wokół jest dziwaczny, dlaczego przechodzi z jednego pomieszczenia do zupełnie innego. Ale to wszystko było zbyt dziwne na rzeczywistość.
I zbyt realne, jak na sen.
I kiedy wyszły na pole, kiedy wokół zaszumiała kukurydza, dłoń Brenny znów powędrowała do ręki Victorii. Tak, wiedziała, że to mogło ją boleć. Ale…
- Nie puszczaj mnie – powiedziała, a głos jej zadrżał. Strach ścinał krew w żyłach. Otaczający je krajobraz zdawał się niemal sielski, był nawet znajomy, czuła, że prawdopodobnie są blisko Dolin Godryka – choć jako żywo, nie pamiętała, by rosła tu kukurydza, ale po prostu wiedziała – a jednak w Brennie budził przerażenie. Myślała o tym, że na takim polu łatwo się ukryć. Równie łatwo, jak w ciemnych korytarzach biblioteki. – Chodzi mu o ciebie. Poluje na ciebie. Chce ciebie. Nie puszczaj mojej ręki. Nie może nas znowu rozdzielić.
Nie mogła pozwolić, aby Victoria została sama. Tak, Lestrange była aurorką, umiała walczyć, ale działy się tutaj przedziwne rzeczy. Świat wokół nich zdawał się naginać, tworzyć okazje, aby ciemnowłosy, krępy mężczyzna, mógł dorwać kobietę. Brenna widziała krew na jej ubraniu, sińce, które zaczynały już powoli pojawiać się na szyi.
Co jeżeli za trzecim razem nie zdąży?
– Musimy się stąd wydostać – powiedziała. Uniosła różdżkę, celując w kukurydzę przed nimi. Próbując zaklęciem zniszczyć część upraw. Później za nie zapłaci, ale musiały widzieć, dokąd idą… i czy ten człowiek nie czai się tuż przed nimi… Bo był tutaj. Na pewno tu był.
- Nic nie rozumiem, Tori – przyznała bezwiednie, kiedy szła za Victorią. Nie gadała tyle, ile zwykle: ale i nic nadzwyczajnego. Nie były w sytuacji, w której nawet Brenna mogłaby radośnie paplać. Wciąż trzymała uniesioną różdżkę i omiatała spojrzeniem każdy kąt, jakby oczekiwała, że ciemnowłosy mężczyzna znów się pojawi. Zaatakuje. – Byłam w Kniei. A potem w Hogwarcie. A teraz tutaj. To niemożliwe? Ktoś nas zauroczył?
Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że tak… to nie jest naturalne. Wcześniej się na tym nie zastanawiała. Tak jak nie zastanawiałaby się w zwykłym śnie, dlaczego świat wokół jest dziwaczny, dlaczego przechodzi z jednego pomieszczenia do zupełnie innego. Ale to wszystko było zbyt dziwne na rzeczywistość.
I zbyt realne, jak na sen.
I kiedy wyszły na pole, kiedy wokół zaszumiała kukurydza, dłoń Brenny znów powędrowała do ręki Victorii. Tak, wiedziała, że to mogło ją boleć. Ale…
- Nie puszczaj mnie – powiedziała, a głos jej zadrżał. Strach ścinał krew w żyłach. Otaczający je krajobraz zdawał się niemal sielski, był nawet znajomy, czuła, że prawdopodobnie są blisko Dolin Godryka – choć jako żywo, nie pamiętała, by rosła tu kukurydza, ale po prostu wiedziała – a jednak w Brennie budził przerażenie. Myślała o tym, że na takim polu łatwo się ukryć. Równie łatwo, jak w ciemnych korytarzach biblioteki. – Chodzi mu o ciebie. Poluje na ciebie. Chce ciebie. Nie puszczaj mojej ręki. Nie może nas znowu rozdzielić.
Nie mogła pozwolić, aby Victoria została sama. Tak, Lestrange była aurorką, umiała walczyć, ale działy się tutaj przedziwne rzeczy. Świat wokół nich zdawał się naginać, tworzyć okazje, aby ciemnowłosy, krępy mężczyzna, mógł dorwać kobietę. Brenna widziała krew na jej ubraniu, sińce, które zaczynały już powoli pojawiać się na szyi.
Co jeżeli za trzecim razem nie zdąży?
– Musimy się stąd wydostać – powiedziała. Uniosła różdżkę, celując w kukurydzę przed nimi. Próbując zaklęciem zniszczyć część upraw. Później za nie zapłaci, ale musiały widzieć, dokąd idą… i czy ten człowiek nie czai się tuż przed nimi… Bo był tutaj. Na pewno tu był.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.