09.08.2023, 15:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2023, 15:37 przez Brenna Longbottom.)
- Jeśli to nie jest jawa, byłoby świetnie się obudzić. Ale skoro te rany nie pomogły, to szczypanie chyba też nie zadziałała – odparła Brenna. Sen? Czy to mógł być sen? Zdawał się jej realny: czuła ciepło słońca na skórze, zapach krwi wwiercał się w nozdrza, gdy kukurydza padła przed zaklęciem, słyszała szum, kiedy sypały się kłosy. Ale miewała już sny, które zdawały się rzeczywistością…
…tyle że wtedy były nią. Po prostu w przeszłości. To natomiast nie mógł być sen widmowidza. To nie była przeszłość. Nigdy nie przeżyła czegoś takiego. Wątpiła, by ktokolwiek przeżył. Wszystko, co tu się działo, było niemożliwością.
Szła do przodu, wciąż ubrana tak samo, jak wcześniej: w ubrania, w których zwykle włóczyła się po Dolinie Godryka. W tej chwili nie myślała już o dyrektorze. Chciała przede wszystkim wydostać się z tego pola. Znaleźć jakieś miejsce, w którym zaatakowanie ich nie będzie tak łatwe, jak tutaj, w którym będą miały lepszą widoczność. Pomoc… byłoby świetnie dotrzeć do domu którejś z nich, zająć się ranami Victorii, wezwać wsparcie, ale wszystko tak bardzo nie pasowało, że Brenna nie była już pewna, czy to w ogóle możliwe.
Usłyszała kroki. Dłoń Victorii, mokra od krwi, wyślizgnęła się jej z ręki, kiedy Lestrange odwróciła się gwałtownie i wypaliła zaklęcie. Gdyby szedł tam człowiek, trafiłaby pewnie, ale spomiędzy roślin wybiegł tylko lis. Czy to nie był na pewno animag? Przypadek? A może miał tylko odwrócić uwagę? Brenna rozglądała się, z uniesioną różdżką. Serce mocno waliło jej w piersi. Kiedy ostatni raz czuła się tak bezbronna i bezużyteczna…? Ach, tak, całkiem niedawno, gdy tkwiła z Heather w dziurze w ziemi i starała się nie pozwolić, by je zasypało, nie mając pojęcia, co dzieje się z innymi…
Nasłuchiwała. Czekała na jakikolwiek ruch w pobliżu. Gotowa rzucać drętwotę, gdyby ten człowiek znów się pojawił.
Do licha, może jeżeli zdołałaby go ogłuszyć, wydostałyby się stąd. Może nie powinny uciekać, a raczej próbować go dorwać?
…tyle że wtedy były nią. Po prostu w przeszłości. To natomiast nie mógł być sen widmowidza. To nie była przeszłość. Nigdy nie przeżyła czegoś takiego. Wątpiła, by ktokolwiek przeżył. Wszystko, co tu się działo, było niemożliwością.
Szła do przodu, wciąż ubrana tak samo, jak wcześniej: w ubrania, w których zwykle włóczyła się po Dolinie Godryka. W tej chwili nie myślała już o dyrektorze. Chciała przede wszystkim wydostać się z tego pola. Znaleźć jakieś miejsce, w którym zaatakowanie ich nie będzie tak łatwe, jak tutaj, w którym będą miały lepszą widoczność. Pomoc… byłoby świetnie dotrzeć do domu którejś z nich, zająć się ranami Victorii, wezwać wsparcie, ale wszystko tak bardzo nie pasowało, że Brenna nie była już pewna, czy to w ogóle możliwe.
Usłyszała kroki. Dłoń Victorii, mokra od krwi, wyślizgnęła się jej z ręki, kiedy Lestrange odwróciła się gwałtownie i wypaliła zaklęcie. Gdyby szedł tam człowiek, trafiłaby pewnie, ale spomiędzy roślin wybiegł tylko lis. Czy to nie był na pewno animag? Przypadek? A może miał tylko odwrócić uwagę? Brenna rozglądała się, z uniesioną różdżką. Serce mocno waliło jej w piersi. Kiedy ostatni raz czuła się tak bezbronna i bezużyteczna…? Ach, tak, całkiem niedawno, gdy tkwiła z Heather w dziurze w ziemi i starała się nie pozwolić, by je zasypało, nie mając pojęcia, co dzieje się z innymi…
Nasłuchiwała. Czekała na jakikolwiek ruch w pobliżu. Gotowa rzucać drętwotę, gdyby ten człowiek znów się pojawił.
Do licha, może jeżeli zdołałaby go ogłuszyć, wydostałyby się stąd. Może nie powinny uciekać, a raczej próbować go dorwać?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.