09.08.2023, 21:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2023, 12:40 przez Brenna Longbottom.)
Gdy Brenna się ocknęła, w tych paru sekundach, gdy umysł nie odróżnił jeszcze snu od jawy, poderwała się z łóżka, a jej ręką sięgnęła po różdżkę, jak zwykle leżącą na szafce nocnej, w zasięgu dłoni. Przez chwilę sądziła, że zobaczy obok siebie Victorię: i że z jakiegoś ciemnego kąta zaraz zaatakuje ciemnowłosy mężczyzna. Serce tłukło się jej szaleńczo w piersi, gdy celowała różdżką w mrok.
Ale nikogo nie było. Pokój i cały dom, tonęły w ciszy i ciemnościach.
To był tylko sen, pomyślała, a mimo to zamiast wrócić do łóżka, szybko zapisała wiadomość na skrawku papieru, a potem skierowała się do drzwi. Bo wciąż pamiętała każdy szczegół koszmaru, tak bardzo realnego, że kiedy zapłonęło lumos, spodziewała się zobaczyć czerwień na swojej dłoni. I pamiętała, że Victoria upadła, że widziała krew na jej plecach, na sekundę przed tym, jak ona walnęła drętwotą w mężczyzną i wszystko się skończyło.
Jakim zaklęciem ją trafiono?
Czy to na pewno był tylko sen?
Musiała się upewnić, że Lestrange jest bezpieczna. Może było to szaleństwo, ale przecież Brenna nie zasnęłaby już i tak, mimo zmęczenia. Zresztą w tej chwili nawet nie czuła znużenia, bo adrenalina, tętniąca w żyłach, skutecznie je zagłuszała. W najgorszym razie zrobi z siebie idiotkę. A nie, zaraz: w najlepszym razie. Brenna wręcz chciała zrobić z siebie idiotkę, bo jeżeli Victoria słodko spała we własnym łóżku, bezpieczna, to oznaczało, że wszystko jest dobrze. Jeżeli nie… mogła być ranna, mogła być martwa. Mogła potrzebować pomocy w opatrzeniu ran albo wciąż być w niebezpieczeństwie. A nawet jeśli nic jej nie dolegało, to ktoś jakimś cudem dotknął ich umysłów i wciągnął w otchłań straszliwych snów. Brenna po prostu musiała wiedzieć i nie obchodziło jej, co pomyśli na ten temat pani Lestrange.
Zeszła po schodach po cichu, nie chcąc budzić domowników ani ściągnąć uwagi psiaków. Z wieszaka w pobliżu drzwi porwała czyjąś kurtkę, założyła buty, a chwilę później wyszła na zewnątrz. Chłodny wiatr zmierzwił włosy i uderzył w twarz, wdarł się pod poły kurtki, sprawiając że Brenna, która ledwo wyskoczyła spod kołdry, zadrżała z zimna.
I chwilę później się teleportowała.
Pojawiła się z trzaskiem tuż przed rezydencją Lestrangów. Nie, nie wyglądała jak ktoś, kto przyszedł z towarzyską wizytą – pomijając już fakt, że przecież takich nie składało się o tej porze. Włosy niemożliwie rozczochrane, twarz blada z niewyspania, sińce pod oczyma, ślad poduszki, wciąż odciśnięty na policzku. Było widać, że ma na sobie spodnie od piżamy. Za górę stroju nocnego służyła jej stara, luźna, sprana bluza, a kurtka, którą na nią nałożyła, była bez wątpienia męska. Porwała pewnie okrycie ojca lub brata, bo nawet na wysokiej Brennie wisiało, sięgając bioder. Nie zawiązała sznurówek kolorowych, znoszonych tenisówek. Kontrast z tym, jak wyglądała, kiedy ostatni raz Sauriel ją spotkał, nie mógłby chyba być większy.
Z trudem powstrzymała się przed waleniem w nie, bo skrzatka na pewno przebudzi się nawet na stosunkowo nieduży hałas. A ostatecznie Brenna nie chciała budzić rodziców Victorii.
– Muszę zobaczyć Victorię – rzuciła bez tchu, gdy na progu stanęła znajoma skrzatka. Nie czekała na odpowiedź. Przepchnęła się obok niej, wdzierając do środka, wbiegając w głąb domu i…
…w mroku zobaczyła sylwetkę. Otwierającą drzwi pokoju Victorii. Korelacja pomiędzy snem a rzeczywistością w oczach Longbottom była oczywista: wcale się nie obudziła albo ciemnowłosy mężczyzna próbował dokończyć na jawie to, czego nie zdołał zrobić przez nią w koszmarach. Brenna przyspieszyła, machając różdżką, w próbie wyczarowania więzów, które skrępują człowieka.
– Kurwa, precz od niej, draniu!
Czy więzy trafią w Sauriela, kształtowanie:
Ale nikogo nie było. Pokój i cały dom, tonęły w ciszy i ciemnościach.
To był tylko sen, pomyślała, a mimo to zamiast wrócić do łóżka, szybko zapisała wiadomość na skrawku papieru, a potem skierowała się do drzwi. Bo wciąż pamiętała każdy szczegół koszmaru, tak bardzo realnego, że kiedy zapłonęło lumos, spodziewała się zobaczyć czerwień na swojej dłoni. I pamiętała, że Victoria upadła, że widziała krew na jej plecach, na sekundę przed tym, jak ona walnęła drętwotą w mężczyzną i wszystko się skończyło.
Jakim zaklęciem ją trafiono?
Czy to na pewno był tylko sen?
Musiała się upewnić, że Lestrange jest bezpieczna. Może było to szaleństwo, ale przecież Brenna nie zasnęłaby już i tak, mimo zmęczenia. Zresztą w tej chwili nawet nie czuła znużenia, bo adrenalina, tętniąca w żyłach, skutecznie je zagłuszała. W najgorszym razie zrobi z siebie idiotkę. A nie, zaraz: w najlepszym razie. Brenna wręcz chciała zrobić z siebie idiotkę, bo jeżeli Victoria słodko spała we własnym łóżku, bezpieczna, to oznaczało, że wszystko jest dobrze. Jeżeli nie… mogła być ranna, mogła być martwa. Mogła potrzebować pomocy w opatrzeniu ran albo wciąż być w niebezpieczeństwie. A nawet jeśli nic jej nie dolegało, to ktoś jakimś cudem dotknął ich umysłów i wciągnął w otchłań straszliwych snów. Brenna po prostu musiała wiedzieć i nie obchodziło jej, co pomyśli na ten temat pani Lestrange.
Zeszła po schodach po cichu, nie chcąc budzić domowników ani ściągnąć uwagi psiaków. Z wieszaka w pobliżu drzwi porwała czyjąś kurtkę, założyła buty, a chwilę później wyszła na zewnątrz. Chłodny wiatr zmierzwił włosy i uderzył w twarz, wdarł się pod poły kurtki, sprawiając że Brenna, która ledwo wyskoczyła spod kołdry, zadrżała z zimna.
I chwilę później się teleportowała.
Pojawiła się z trzaskiem tuż przed rezydencją Lestrangów. Nie, nie wyglądała jak ktoś, kto przyszedł z towarzyską wizytą – pomijając już fakt, że przecież takich nie składało się o tej porze. Włosy niemożliwie rozczochrane, twarz blada z niewyspania, sińce pod oczyma, ślad poduszki, wciąż odciśnięty na policzku. Było widać, że ma na sobie spodnie od piżamy. Za górę stroju nocnego służyła jej stara, luźna, sprana bluza, a kurtka, którą na nią nałożyła, była bez wątpienia męska. Porwała pewnie okrycie ojca lub brata, bo nawet na wysokiej Brennie wisiało, sięgając bioder. Nie zawiązała sznurówek kolorowych, znoszonych tenisówek. Kontrast z tym, jak wyglądała, kiedy ostatni raz Sauriel ją spotkał, nie mógłby chyba być większy.
Z trudem powstrzymała się przed waleniem w nie, bo skrzatka na pewno przebudzi się nawet na stosunkowo nieduży hałas. A ostatecznie Brenna nie chciała budzić rodziców Victorii.
– Muszę zobaczyć Victorię – rzuciła bez tchu, gdy na progu stanęła znajoma skrzatka. Nie czekała na odpowiedź. Przepchnęła się obok niej, wdzierając do środka, wbiegając w głąb domu i…
…w mroku zobaczyła sylwetkę. Otwierającą drzwi pokoju Victorii. Korelacja pomiędzy snem a rzeczywistością w oczach Longbottom była oczywista: wcale się nie obudziła albo ciemnowłosy mężczyzna próbował dokończyć na jawie to, czego nie zdołał zrobić przez nią w koszmarach. Brenna przyspieszyła, machając różdżką, w próbie wyczarowania więzów, które skrępują człowieka.
– Kurwa, precz od niej, draniu!
Czy więzy trafią w Sauriela, kształtowanie:
Rzut PO 1d100 - 86
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.