10.08.2023, 02:20 ✶
Patrick zdążył zamrugać, gdy uderzyło w niego wspomnienie. Przystanął skonsternowany. Patrzył na spienione morze, ale go nie widział. Nagły przypływ euforii mieszał się w nim z bólem kolan. Ciało Stewarda zachwiało się, jakby nie wiedziało, nie potrafiło zrozumieć w jakiej właściwie pozycji powinno się znajdować (bycie i nie bycie, stanie, klęczenie, wstawanie z klęczek – wszystko mieszało się w jedno), ale nie upadł, bo nóg wcale nie miał jak z waty. Odwrotnie, były jak z ołowiu, ociężale stały w miejscu, kompletnie niezdolne i niechętne do wykonania jakiegokolwiek kroku.
Dumbledore, Grinewald, on sam, nie to ojciec? Ojciec?! Patrick bezwiednie spojrzał na swoją rękę. Niemal czuł w niej uścisk innej dłoni. Co to, kurwa, miało być? Dlaczego to pamiętał?
Odpowiedź napłynęła sama. Bones miała rację. Nie była jedyną, która przyciągnęła kogoś z limbo. On też to zrobił. W dodatku zabrał ze sobą swojego ojca. Ze wszystkich przebywających tam duchów… Pieprzonego, pierdolonego ojca, który najwidoczniej był tak pojebany, że nie był tylko wiernym wyznawcą Grinewalda, ale… Ale działali razem? Może się przyjaźnili? Wspierali? Na pewno się dobrze znali?
O jak słodko. Dwóch morderców wspierających się po popełnieniu jakiejś zbrodni.
Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa.
Patrick znowu poczuł uścisk w żołądku. Tym razem inny, nie pełen przerażenia i strachu o życie Florence, ale targającego nim obrzydzenia. Uniósł ręce by palcami dotknąć głowy. Wciąż pulsowała z bólu.
Wypieprzaj. Wypierdalaj stamtąd – krzyczał w myślach do własnego ojca. Tylko czy ten mógł go usłyszeć? Na jakiej zasadzie to w ogóle funkcjonowało? Musiał istnieć jakiś sposób, żeby pozbyć się wspomnień tego człowieka. Nie chciał by zlewały się z jego własnymi. Nie obchodziło go, co ten fanatyk czuł i myślał za życia. Nie chciał poznawać łączącej go z Grinewaldem więzi.
Zapomniał o swojej skórzanej kurtce. Przestał myśleć o pływającej w pobliżu molo morskiej istocie. Machinalnie obrócił się do Florence, zrobił kilka kroków w jej stronę – twarz miał bladą i przestraszoną.
- Ja… - zaczął i urwał. Jak w ogóle dało się powiedzieć takie rzeczy? Jak można było wyjaśnić to, co się najwidoczniej stało? Jak miałby się przyznać, że w jego głowie mógł właśnie siedzieć morderca i ten morderca był jego ojcem? Czy w ogóle dało się opowiedzieć o takich rzeczach? – Ja chyba powinienem wrócić do siebie. Potwornie rozbolała mnie głowa – tłumaczył się, irytując się jeszcze bardziej na siebie, że tak bardzo drżał mu głos, że całym sobą musiał zdradzać, że coś było nie w porządku, że zmarnował to spotkanie, że wszystko się nagle tak okropnie skomplikowało.
Florence mogła sobie teraz myśleć co chciała i jak chciała, ale Patrick potrzebował jej obecności jeszcze bardziej niż wcześniej. Najchętniej schowałby głowę w zagłębieniu jej szyi, albo zamieniłby się w małe dziecko, które mogłaby objąć rękami.
- Chyba jeszcze nie do końca doszedłem do siebie po pobycie w limbo – skłamał i powiedział jednocześnie prawdę.
Dumbledore, Grinewald, on sam, nie to ojciec? Ojciec?! Patrick bezwiednie spojrzał na swoją rękę. Niemal czuł w niej uścisk innej dłoni. Co to, kurwa, miało być? Dlaczego to pamiętał?
Odpowiedź napłynęła sama. Bones miała rację. Nie była jedyną, która przyciągnęła kogoś z limbo. On też to zrobił. W dodatku zabrał ze sobą swojego ojca. Ze wszystkich przebywających tam duchów… Pieprzonego, pierdolonego ojca, który najwidoczniej był tak pojebany, że nie był tylko wiernym wyznawcą Grinewalda, ale… Ale działali razem? Może się przyjaźnili? Wspierali? Na pewno się dobrze znali?
O jak słodko. Dwóch morderców wspierających się po popełnieniu jakiejś zbrodni.
Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa.
Patrick znowu poczuł uścisk w żołądku. Tym razem inny, nie pełen przerażenia i strachu o życie Florence, ale targającego nim obrzydzenia. Uniósł ręce by palcami dotknąć głowy. Wciąż pulsowała z bólu.
Wypieprzaj. Wypierdalaj stamtąd – krzyczał w myślach do własnego ojca. Tylko czy ten mógł go usłyszeć? Na jakiej zasadzie to w ogóle funkcjonowało? Musiał istnieć jakiś sposób, żeby pozbyć się wspomnień tego człowieka. Nie chciał by zlewały się z jego własnymi. Nie obchodziło go, co ten fanatyk czuł i myślał za życia. Nie chciał poznawać łączącej go z Grinewaldem więzi.
Zapomniał o swojej skórzanej kurtce. Przestał myśleć o pływającej w pobliżu molo morskiej istocie. Machinalnie obrócił się do Florence, zrobił kilka kroków w jej stronę – twarz miał bladą i przestraszoną.
- Ja… - zaczął i urwał. Jak w ogóle dało się powiedzieć takie rzeczy? Jak można było wyjaśnić to, co się najwidoczniej stało? Jak miałby się przyznać, że w jego głowie mógł właśnie siedzieć morderca i ten morderca był jego ojcem? Czy w ogóle dało się opowiedzieć o takich rzeczach? – Ja chyba powinienem wrócić do siebie. Potwornie rozbolała mnie głowa – tłumaczył się, irytując się jeszcze bardziej na siebie, że tak bardzo drżał mu głos, że całym sobą musiał zdradzać, że coś było nie w porządku, że zmarnował to spotkanie, że wszystko się nagle tak okropnie skomplikowało.
Florence mogła sobie teraz myśleć co chciała i jak chciała, ale Patrick potrzebował jej obecności jeszcze bardziej niż wcześniej. Najchętniej schowałby głowę w zagłębieniu jej szyi, albo zamieniłby się w małe dziecko, które mogłaby objąć rękami.
- Chyba jeszcze nie do końca doszedłem do siebie po pobycie w limbo – skłamał i powiedział jednocześnie prawdę.